Rejestracja Dla partnerów Dla klientów Logowanie: KontaktO firmieRegulaminStrona głównainternetowa powieść w odcinkach
Twoje zakupy: ilość 0 wartość 0,00zł
promocja dnia

internetowa powieść w odcinkach

Opowiadanie a poniżej powieść!

Casus wschodni

Umierający na raka Putin całkiem oszalał. Coraz bardziej ulegając wpływom rosyjskiej generalicji, zapatrzony w swój wizerunek nowego Piotra Wielkiego, rozpętał piekło. Kiedy „zielone ludziki” pojawiły się na Litwie i Łotwie, a później w Polsce, sytuacja nie wydawała się najgorsza. Odpowiednio wcześniej przygotowane kraje radziły sobie z nimi bez problemu. Szczególnie w Polsce, gdzie wyszkolone w Afganistanie i Iraku oddziały wymiotły niechcianych gości w ciągu kilku dni. Resztki pobitych sił schroniły się w obwodzie kaliningradzkim. I wtedy w całości ujawniło się szaleństwo Putina. Wojska rosyjskie, które do tej pory wykonywały „ćwiczenia” przy granicach uderzyły, wciągu 2 dni zajmując Litwę i Łotwę. Tylko kolumny atakujące Polskę z Kaliningradu zostały pobite i zmuszone do odwrotu między innymi dzięki uderzeniom NATO z powietrza wspierającym polskie oddziały.
Cholerni Polacy! - skomentował ruski generał.
Niestety druga armia atakująca z Białorusi oraz poprzez stojącą w ogniu Ukrainę wdarła się w głąb kraju. Mobilizacja, odwlekana z powodu nacisków państw zachodnich, które do ostatniej chwili szukały „dyplomatycznego rozwiązania” , rozpoczęła się zbyt późno. Większość zawodowych żołnierzy przyzwyczajona do obijania się, picia i brania pieniędzy za nic, nie stanęła na wysokości zadania. W wojsku rozpoczęła się walka o intratne stanowiska na tyłach. NATO ograniczało się do opóźniających uderzeń z powietrza. W tych warunkach Polska z trudem tworzyła armię mającą zatrzymać rosyjskie chordy.
Zdrówko! - kierownik budowy podniósł do góry butelkę piwa. Najpierw elektronik a potem pozostali poszli w ślad za nim.
Co my tu właściwie robimy? - zapytał projektant, gdy wypili.
Jak to co? Walczymy za ojczyznę! - roześmiał się niewesołym śmiechem informatyk.
W ich oddziale średnie wykształcenie było równie wysokie co wiek. Wszyscy zgłosili się na ochotnika, ale w obliczu kryzysu rosyjskiego wojsko nie wiedziało co zrobić z wykształconymi poborowymi z grupy 50+, którzy nie posiadali żadnego przeszkolenia wojskowego. Zebrano ich w jeden oddział i traktowano jak ochotniczą milicję a nie żołnierzy. Przydzielony do dowodzenia nimi 20 lat młodszy sierżant, znikał na całe dnie próbując załatwić sobie przeniesienie. Wydano im wprawdzie stare kałasznikowy a nawet oddział otrzymał dwa karabiny maszynowe oraz dwa moździerze, które pamiętały chyba czasy drugiej wojny światowej, ale ograniczano się do ćwiczeń bez amunicji. Zresztą traktowano ich jak emerytów, na co najbardziej zżymał się informatyk, zapalony biegacz długodystansowy. Tylko raz skorzystano z ich talentów, gdy oddziały wojska przemieszczające się przez miejscowość, gdzie stacjonowali napotkały na jednej z pobliskich rzeczek zniszczony most. Wysoki stan wód po ostatnich opadach uniemożliwiał przejazd. Wezwano więc ich, aby temu zaradzili. W czasie kilku godzin, gdy ich sierżant gawędził z dowódcą jednego z oddziałów, przy pomocy naprędce zgromadzonych materiałów pod kierownictwem projektanta i budowlańca postawili mostek. Ich nagrodą był widok kilku transporterów opancerzonych i kilkunastu ciężarówek przekraczających rzeczkę. Następnego popołudnia, po godzinie marszów i następnej śmiechu wartych zajęć z posługiwania się bronią, znów siedzieli z piwkiem w ręku. Żona melioranta była współwłaścicielką hurtowni alkoholi, więc mimo wojny nie mieli problemów z zaopatrzeniem.
Pięknie spędzamy wojnę. - westchnął elektronik – Będziemy mieli co opowiadać dzieciom.
Mojego syna wzięli na przeszkolenie do komandosów – pochwalił się weterynarz. – Przed tym zamieszaniem był w NSR!
Pogratulować – stwierdził informatyk. – Moja córka jest lekarzem, jest na liście do mobilizacji.
Pokiwali głowami i wypili.
Żeby tylko nic im się nie stało – stwierdził budowlaniec. Weterynarz odwrócił się tyłem do innych zasłaniając nagle skrzywioną twarz. Zapadła cisza.
Popijający piwko, nie wiedzieli jaka jest sytuacja na froncie. W tym całym zamieszaniu jakie się wytworzyło, gdy armie rosyjskie pod wpływem ciągłych ataków z powietrza podzieliły się na mniejsze jednostki, nikt nie wiedział.
Nie wiedział też, generał Tichonow którego brygada znalazła się po niewłaściwej stronie rzeki. Atakując zgodnie z rozkazami, które otrzymał skręcił i przebił się na wysokości Opola Lubelskiego przez linię Wisły, napotykając tylko niewielkie oddziały. Im dalej jednak tym bardziej naciskały go siły polskie a ciągłe ataki lotnicze i rakietowe czyniły prawie niemożliwym podciągnięcie zaopatrzenia. Po kontakcie z dowództwem, utrudnionym przez zagłuszanie elektroniczne ze strony NATO zmienił kierunek i ruszył na Warszawę. Rosjanie postanowili, wzorem 1920 roku zdobyć stolicę. Coraz mocniej naciskana przez Polaków brygada potrzebowała chwili oddechu. Wysoki stan wody w Wiśle uniemożliwiał szybkie jej przekroczenie, a każde opóźnienie groziło atakiem. Na szczęście w pobliskiej większej miejscowości były dwa mosty, o ile było wiadomo, nie zniszczone.
Obiektywy satelitów i samolotów szpiegowskich szybko zauważyły zmianę sytuacji. Ogłoszono ewakuację miasta, a kilka godzin później z nieba spadła rakieta elegancko przecinając na dwie połowy nowy, piękny most zbudowany kilka lat wcześniej z funduszy Unii Europejskiej. Zaczęto przesuwać oddziały, co jednak zabierało sporo czasu. Nikt nie zauważył, że drugi most pozostał nietknięty.
W mieście zapanował zorganizowany chaos. Koleje wojny sprawiły, że nie stacjonowała tam żadna większa jednostka. Te, które były, dostały rozkaz udania się do położonego 30 km dalej punktu koncentracji. Ewakuacją ludności cywilnej zajęły się organizacje ochotnicze i ostatni pozostały oddział.
Cholerna baba! - zaklął inżynier któremu jakaś kobieta przytrzasnęła palec walizką. Od rana pomagali ludziom ładować się do samochodów i podstawionego specjalnie pociągu, jednak gdyby większość nie opuściła miasta, swoim transportem ewakuacja nigdy by się nie udała.
Pięćdziesiąt tysięcy ludzi w 24 godziny! Kto to wymyślił? - złościł się dalej, ale już pod nosem.
Wszyscy odsapnęli, kiedy pociąg ruszył. Po drodze do koszar rozglądali się dookoła. W mieście panowała cisza.
Jak w ranek po Sylwestrze! - zażartował nauczyciel.
Kiedy dotarli na kwatery ich sierżant siedział już w terenówce, którą zarekwirowali tak jak kilka innych samochodów. Nikt w dowództwie nie pomyślał aby przydzielić im jakiś transport. Pospiesznie przemalowany na zielono samochód wyglądał zabawnie.
Pakować się i jedziemy! - zawołała sierżant.
Dostaliśmy rozkazy? - zaciekawił się informatyk.
Gdzie tam! - sierżant machnął ręką. - Zapomnieli o nas jak zwykle. Jedziemy do punktu zbiorczego.
Musimy zabrać broń! - zaprotestował projektant. Pomagając w ewakuacji zostawili broń w koszarach, żeby im nie przeszkadzała.
No dobrze – dowódca wzruszył ramionami.- Weźcie ją i jedźcie za mną! Ruszaj! - zawołał do kierowcy wyraźnie szczęśliwy, że coś się dzieje.
Pięćdziesięciu czterech mężczyzn rozeszło się do swoich pokoi. Po piętnastu minutach zaczęli się zbierać przy samochodach na placyku przed budynkiem.
Dlaczego nie wysadzili drugiego mostu? - budowlaniec który przyszedł jako pierwszy zagadnął zmagającego się z paskiem od karabinu projektanta.
Nie mam pojęcia. - Ten powiesił broń na ramieniu. - Może o nim zapomnieli- zażartował.
Widzieliście jak Wisła wezbrała? - podszedł do nich informatyk. - Za diabła nie przejdą!
Przejdą, bo stoi stary most – burknął budowlaniec.
Pewnie chcą ich zbombardować w czasie przeprawy! - uspokoił ich projektant. Zeszli się już prawie wszyscy i teraz przysłuchiwali się rozmowie.
Może zaczekamy i ich ostrzelamy? - zaproponował informatyk, który dzięki swojej kondycji biegacza uważał się prawie za komandosa.
Mamy rozkaz udać się do puntu zbiorczego – przypomniał im meliorant.
Właściwie to nie mamy żadnych rozkazów – sprostował nauczyciel. - Zapomnieli o nas.
Nie nam walczyć z ruskimi – stwierdził tłumacz przysięgły.
Pewnie! - wykrzyknął weterynarz- niech walczą i umierają osiemnastoletni gówniarze, których politycy wysyłają na front!
Zamilkli zaskoczeni jego wybuchem.
Właściwie to możemy się trochę rozejrzeć – stwierdził nagle geodeta, drapiąc się po głowie. - Zobaczyć co za Wisłą.
Chcesz przejść na drugą stronę rzeki i szukać ruskich? Oszalałeś? - popukał się w czoło architekt.
Nie!- geodeta energicznie pokręcił głową – Ale mój znajomy ma drona z kamerą. Używałem go do pomiarów. Ma zasięg kilku kilometrów.
Dostaliśmy rozkaz od sierżanta udać się do punktu zbiorczego – z żalem w głosie stwierdził projektant. Większość pokiwała głowami. Cóż, wojna!
W tym momencie zadzwonił telefon. W ich koszarach była linia wojskowa i w panującej ciszy dzwonek telefonu niósł się daleko.
Zobaczę o co chodzi, pewnie sierżant nas szuka! -zawołał budowlaniec i pobiegł. Reszta ciekawa ruszyła za nim. Podnosząc słuchawkę dał na głośnomówiący więc słyszeli każde słowo.
Sierżant sztabowy Kowalski! - rozległo się. -Co tak długo! Co się tam u was dzieje? Widać już ruskich?
Nie widać! Za Wisłą cisza i spokój! - odkrzyknął budowlaniec.
No to obserwujcie dalej! - odpowiedział głos i się rozłączył.
Zapadła cisza.
Cholera – stwierdził ktoś. - Co mamy właściwie robić?
Nagle odezwał się weterynarz.
Powinniśmy bronić mostu! - rozejrzał się i widząc, że zamierzają protestować dodał szybko - Sierżant sztabowy jest starszy stopniem od naszego sierżanta! Dostaliśmy rozkaz!
Rozumiemy, że chcesz walczyć, wszyscy chcemy – zaczął pojednawczo meliorant – ale..
Ale niech giną młodzi a my będziemy chować dupy i patrzeć jak zabijają nasze dzieci! Tak? - tamten wszedł mu w słowo.
Zapadła cisza. O to przecież chodziło. Byli za starzy. żeby poważnie traktować ten idiotyzm zwany wojną ale nie chcieli siedzieć w domach i czekać na wiadomość o śmierci swoich dzieci. Dlatego tu byli. nawet jeżeli nikt ich nie traktował poważnie.
Nagle meliorant wyprostował się, poprawiając wiszący na ramieniu karabin.
To gdzie masz tego drona? - zwrócił się do geodety. Ten znów podrapał się po głowie.
Zaraz! - wtrącił się projektant – Gówno są warte nasze obserwacje, jak ruscy przejadą przez most bez zatrzymywania się.
Zablokujmy most – podsunął pomysł budowlaniec. – W mojej firmie stoją maszyny budowlane i ciężarówki.
Okej- Projektant wskazał go palcem. – Weź kilku chłopaków i zablokujcie most. A ty weź elektronika i lećcie po drona.
U mnie w sklepie jest kilka dronów – odezwał się informatyk.- Większość to zabawki dla dzieci o zasięgu do kilkuset metrów, ale mam ze cztery większe. Z kamerami. Podskoczę po nie.
Dobra – projektant wyraźnie zdecydował się iść na całość.- Weź samochód i dwóch ludzi.
Inżynier podniósł rękę – Ktoś podskoczy ze mną? Mam u siebie kamery termowizyjne do badań charakterystyk termicznych. Przydarzą się w nocy.
Kiedy samochody się rozjechały pozostała połowa oddziału.
Co robimy?- zapytał jeden z pozostałych.
Weź kilku ludzi i zbierz trochę picia i jedzenia dla wszystkich .
Projektant zwrócił się do pozostałych – Na wszelki wypadek idźcie nad Wisłę i poszukajcie dobrych miejsc do obrony. Przygotujcie też kilka stanowisk dla karabinów maszynowych i moździerzy.
Po co nam kilka, skoro mamy tylko po dwa? - zapytał ktoś.
Jak by co będą się przenosić, żeby nie oberwać. Ruscy mają potężną siłę ognia – wyjaśnił. Kiedy się rozchodzili zatrzymał dwóch z nich – Musicie mi pomóc, mam pewien pomysł.


Dwie godziny później na moście stały ukośnie dwie ciężarówki całkowicie blokując przejazd.
Pierwszą załadowaliśmy nawozami sztucznymi i starym olejem, a drugą węglem! - chwalił się budowlaniec – Będą się hajcować kilkanaście godzin! Po czymś takim ciężki sprzęt po moście już nie przejedzie!
Ale piechota i lekkie pojazdy przejadą – studził jego entuzjazm inżynier.
W tym czasie geodeta i informatyk uruchomili pierwszego drona. Elektronik zajmował się pozostałymi. Kiedy dron wzbił się w powietrze, informatyk otworzył jeden z laptopów, które przyniósł ze sobą. Zaczął uruchamiać programy z mapami terenu.
Gdzie projektant? - zapytał.- Musimy się jakoś zorganizować.
No właśnie – Inżynier, który przyszedł znad wałów wiślanych, rozejrzał się dookoła.
Chłopaki zachowują się jak na pikniku! Ściągnęli koparki i betonowe elementy i stawiają stanowiska ogniowe. Co oni chcą zbudować, linię Maginota?
Usłyszeli warkot i po chwili obok nich zatrzymał się bus, a za nim mała cysterna. Wysiadło kilku ludzi.
Piętnaście tysięcy litrów benzyny! - cieszył się projektant.
Jeśli to jest to, o czym myślę, to będziemy potrzebować od groma butelek -stwierdził inżynier.
Tylko kilkaset – sprostował projektant. - Tam w wale jest przepust. Samochód z resztą benzyny postawimy nad kanałem sto metrów dalej. Jak by co, możemy spuścić benzynę do Wisły i podpalić.
Jakie jak by co? - wtrącił się botanik.- Zanieczyścimy rzekę. To jednak będziemy walczyć?
Projektant rozejrzał się dookoła. Geodeta wpatrywał się w ekran pokazujący widok z kamery drona. Trochę dalej kilka osób kończyło maskować stanowisko moździerza. Znad rzeki dochodziły odgłosy pracujących koparek i dźwigu samochodowego.
Na to wygląda – odparł cicho jak by zaskoczony. – Ba to wygląda.
W tym czasie generał Tichonow otrzymał informacje o zniszczeniu nowego mostu.
Cholerni Polacy! - zaklął. - Wyślijcie zwiad, niech zobaczy co z drugim mostem.


Dron zauważył dwa pojazdy zwiadu pięć kilometrów od rzeki. Poruszały się powoli i ostrożnie, zmierzając w kierunku mostu.
Ruscy, dwa pojazdy, będą tu za około... - zawołał geodeta- ... pięć do dziesięciu minut!
Na chwilę zapadła cisza.
Dziesięć osób za mną! - zawołał projektant łapiąc broń.
Zaczekaj – Zatrzymał go elektronik wręczając mu dwie krótkofalówki. - Kanał piąty.
Trzy minuty później byli po drugiej stronie mostu. Zwolnili, bo niektórzy nie byli już w stanie biec, po czym podzielili się na dwie grupy.
Gdzie są? -zapytał projektant wpychając słuchawkę do ucha.
Jakieś dwa kilometry przed wami. Zatrzymali się na chwilę gdy zbliżyli się do zabudowań - usłyszał.
Obsadzamy skrzyżowanie – zawołał do grupy po drugiej stronie drogi. - Przełączcie na szóstkę, dam znak do ataku!
Minutę potem powoli nadjechały dwa samochody terenowe. Widząc pracujący sprzęt po drugiej stronie rzeki zatrzymały się prawie pośrodku skrzyżowania. Dowódcy pilnie obserwowali przez lornetki co się tam dzieje. Nie zdążyli nadać meldunku. Chwilę później wybuch baku z benzyną zakończył istnienie jednego z wyglądających jak sita samochodów. Z tak małej odległości kule przechodziły przez nie na wylot, chyba że napotkały jakieś ciało. Projektant podszedł do drugiego samochodu. Oprócz lekarza który był w drugim oddziale nikt się nie kwapił by za nim iść. Większość wystrzelała cały magazynek co dało trzy tysiące pocisków na dwa samochody. Tylko jeden z nich został lekko ranny i to prawdopodobnie od kul kolegi. Oczywiście w pośpiechu nikt nie wziął zapasowej amunicji.
Możesz zebrać magazynki z amunicją i zobaczyć czy mają jakieś granaty albo coś? - zapytał lekarza nagle pobladły projektant.
Ten, choć równie blady podszedł do samochodu. Przez chwilę w nim grzebał, po czym wrócił z dwoma granatami i kilkoma magazynkami.
Nic więcej nie widzę -wręczył swoją zdobycz pozostałym.
Wynośmy się!- zawołał weterynarz widząc, jak plama paliwa z drugiego samochodu rozlewa się coraz szerzej. Szybko ruszyli z powrotem. Zanim doszli do mostu drugi samochód też płoną.
Cholerni Polacy! - stwierdził generał gdy dowiedział się, że zwiad nie wrócił. - Wyślijcie większy oddział.
Zapadał już zmrok, gdy kilka godzin później nowa pięćdziesięcioosobowa grupa ostrożnie zbliżała się do Wisły. Zatrzymali się na dłużej na widok spalonych samochodów, po czym ruszyli powoli dalej. Kiedy zobaczyli zablokowany most złożyli meldunek przez radio i zajęli pozycję między budynkami. Godzinę po nich pojawiły się pierwsze transportery opancerzone i ciężarówki.
Informatyk, mianowany po burzliwej dyskusji koordynatorem, siedział w piwnicy przyglądając się obrazowi z kamery drona na swoim laptopie.
– Najwięcej ich jest w okolicy tych współrzędnych – powiedział do mikrofonu stukając w klawiaturę.
-Widzimy! - Inżynier spoglądał na laptopa stojącego obok moździerza. Podał namiary obsłudze drugiego stanowiska.
Geodeta przesunął drona. - Zakładają tymczasową bazę, chyba są w zasięgu – stwierdził.
Są – potwierdził inżynier.
To puśćcie im kilka pigułek! - włączył się projektant – tylko nie za dużo, oszczędzajcie amunicję.
Generał Tichonow był na tyle blisko, że usłyszał wybuchy pocisków moździerzowych.
Cholerni Polacy! - stwierdził, choć jeszcze nie wiedział, jakie poniósł straty. Sześć pocisków trafiło dokładnie w środek między ciężarówki, koło których stali żołnierze czekając na rozkazy. Dowodzący kapitan i jego zastępca zginęli od razu.
Kilka godzin później nadciągnęła reszta brygady. Obsadzili brzeg rzeki na długości dwóch kilometrów ukrywając się w lesie. Dowódca i jego sztab oglądali przeciwległy brzeg, gdzie nie widać było żadnego ruchu i zablokowany most. Choć nikt nie strzelał, robili to z miejsca poza zasięgiem lekkich moździerzy.
-Jest za spokojnie – stwierdził pułkownik. – To musi być jakiś mały oddział broniący mostu. Pewnie mają tylko te moździerze i broń maszynową.
-Nie mamy czasu budować przeprawy – stwierdził generał. - Musimy zdobyć ten most i to jak najszybciej. Co proponujecie?
Mamy kilka łodzi i transporterów pływających. Wyślijmy ludzi na most, żeby odciągnąć uwagę polaczków a nasz oddział przejdzie rzekę kilometr wyżej i zajdzie ich z boku - zaproponował pułkownik.
Godzinę później geodeta skierował drona bardziej na południe. Kamera na podczerwień pokazywała liczne punkty przemieszczające się w górę rzeki. Elektronik odpalił drugiego drona i obserwował punkty zbliżające się do mostu. - Co robimy? - zapytał do mikrofonu.
Pewnie chcą uderzyć na most i jednocześnie przejść rzekę wyżej – zgadywał projektant. -Jak się zatrzymają przed atakiem nad rzeką, podajcie namiary moździerzom. My ostrzelamy tych na moście. Reszta niech się nie odzywa i oszczędza amunicje.
Atak się nie udał jeszcze zanim się zaczął. Dowódca oddziału ukrytego w lesie na rzeką właśnie otwierał usta, żeby dać rozkaz do ataku, gdy nadleciały pociski uszkadzając większość łodzi i zabijając mu połowę ludzi. Oddział atakujący most został ostrzelany, gdy tylko ruszył. Byli na to gotowi, dlatego zaraz po nich ruszył na most ciężki czołg z lemieszem. Ignorując ostrzał z lekkiej broni, udało mu się przesunąć pierwszą ciężarówkę o dwa metry, gdy z ciemności nadleciał zwykły granat ręczny i rozpętało się piekło. Nawet z odległości pięciu kilometrów widać było łunę płonącego mostu.
Cholerni Polacy! - stwierdził Tichonow, gdy otrzymał meldunki o nieudanej akcji.
Ostrzał z broni ręcznej był bardzo słaby. I mają najwyraźniej tylko dwa moździerze. Nasi mówią, że je zlokalizowali - meldował pułkownik.
Nie mamy czasu na te pierdoły! - Generał był zdenerwowany. - Niech artyleria zrobi z nimi porządek. Jak ostrzelacie tamten brzeg, to wszyscy mają uderzać, na całej długości przy moście. Gdy przejdziemy rzekę, ugasimy pożar!
Przewaga ognia zrobiła swoje. Gdy przeciwległy brzeg wprost gotował się od ognia artyleryjskiego. Domy zawalały się i plunęły, a wał Wiślany zaczął przypominać ser szwajcarski, żołnierze spokojnie grupowali się przy łodziach pływających, transporterach i lekkich czołgach, z którymi mieli przekroczyć rzekę.
Informatyk wpatrywał się w monitory laptopów pokazujące widok przeciwległego brzegu w podczerwieni. Kulił się odruchowo gdy pociski uderzały niedaleko jego kryjówki. - Rozstawiliście się już? - krzyknął do mikrofonu. A gdy obsługa moździerzy, które pół godziny wcześniej zmieniły stanowiska, potwierdziła, zaczął podawać koordynaty celów. Po chwili rozbłyski na ekranach pokazywały miejsca, gdzie pociski zaczęły spadać na największe zgrupowania żołnierzy nieprzyjaciela.
Cholerni Polacy! - zaklął generał widząc , że moździerze znów strzelają. - Ruszać, do przodu!
Słaby, choć celny ostrzał z moździerzy, nie mógł powstrzymać ataku. Pojazdy i żołnierze z pierwszej fali bez problemu dotarli na brzeg. Dopiero tam zostali ostrzelani przez obrońców, którzy do tej pory kryli się w schronach wykopanych za wałem Wiślanym. Projektant odłożył krótkofalówkę, taką samą jak miał każdy z nich i też zaczął strzelać. - Przydałaby się broń przeciwpancerna – pomyślał widząc czołgi i transportery wjeżdżające do wody. To żałosne, że mieli tylko dwa granaty przeciwpancerne. O ile czołgom nie mogli nic zrobić, to piechota ponosiła duże straty. Płonący most oświetlał kawał rzeki, a dalej od niego żołnierze korzystali z kamer termowizyjnych. Żadna z łodzi nie dotarła do drugiego brzegu nieuszkodzona. Zaklął na głos, kiedy pierwszy z czterech czołgów wjechał na ich brzeg rzeki i wytrzeszczył oczy, gdy ten nagle stanął w ogniu. - Cholerny bohater! - pomyślał o koledze, który podkradł się z granatem nad sam brzeg. Ich karabin maszynowy zamilkł na chwilę, gdy obsługa zmieniała stanowisko. Drugi nie odzywał się już jakiś czas. Widocznie zbyt długo strzelali z jednego miejsca. Korzystając z tego nieliczna piechota wroga poderwała się do ataku, wspierając pozostałe czołgi. Pierwszy, który podjechał zakręcił w miejscu i staną uszkodzony. Rosjanie mając ogień w twarz przypadli do ziemi. Dwa ostatnie czołgi podjechały pod wał. Projektant skulił się widząc jak wieżyczka jednego z nich obraca się w jego stronę. Zza wału wyleciały butelki i po chwili resztki żołnierzy wroga uciekały zostawiając za sobą płonące pojazdy. Nacisnął spust. Zobaczył jak jeden z nich pada i w tym momencie skończyła mu się amunicja.
-Benzyna, dawajcie benzynę! - usłyszał w słuchawce informatyka. Spojrzał w dół rzeki. Do wody właśnie wjeżdżało kilka transporterów opancerzonych. Razem z nimi płynęło kilkanaście łodzi. Moździerze już nie strzelały, widocznie też nie miały amunicji. Ogień obrońców nasilił się, widział żołnierzy rosyjskich rozrywanych kulami, po czym zaczął słabnąć. Nie strzelał też ich karabin maszynowy.
-Zginęli albo nie mają amunicji – pomyślał.
Poczuł odór benzyny z kanału przechodzącego pod wałem kilkanaście metrów dalej. Ostrzał obrońców słabł. Amfibie i łodzie były już w połowie rzeki. Nagle coś zapaliło benzynę. Płonąca struga zaczynała się w przepuście pod wałem i sięgała aż do mostu. Płynące poniżej łodzie i transportery zaczęły gwałtownie zawracać próbując uniknąć nadciągającego ognia. Kilku z nich to się nie udało. Zrobiło się prawie cicho. Słychać było niosące się po wodzie krzyki palących się żołnierzy. Struga ognia oddalała się. Rozległ się warkot silników. Kolejne czołgi i transportery wjeżdżały do wody. W kierunku siedzących w łodziach żołnierzy wroga nie padały już strzały. Nikt nie miał amunicji. Projektant zdał sobie sprawę, że do tej pory atakowała ich tylko niewielka część sił wroga. Teraz ruszyły kolejne oddziały. Opuścił stanowisko i zsunął się w dół wału.
Geodeta zobaczył na ekranie oddziały kierujące się w stronę rzeki. Podniósł drona wyżej. Wiedział, że za minutę, góra dwie, maszyna rozbije się. To był już ostatni dron. Skierował go za linię ataku. Już wcześniej zauważył tam grupkę samochodów.
Generał Tichonow obserwował atak przez lornetkę. Skrzywił się widząc jakie straty poniosły pierwsze oddziały, ale zaraz odzyskał humor. Ogień zza rzeki właściwie zanikł. Odwrócił się do pułkownika by wydać rozkazy gdy z nieba zleciało coś dużego posyłając go na ziemię i wybijając mu cztery zęby.
Cholerni Polacy! - zaklął pułkownik patrząc, jak pielęgniarz opatruje generała. Odwrócił się do rzeki akurat w momencie, gdy pierwsze łodzie i czołgi wyjeżdżały na całkiem nie broniony brzeg.

W tym czasie weterynarz siedział ukryty za wałem ściskając w ręku krótkofalówkę. Popatrzył na swój bezużyteczny karabin.
-Zabierzcie rannych i wynosimy się stąd - usłyszał głos informatyka. Niedaleko za wałem słyszał już wycie silników. Zostało im tylko jedno do zrobienia. Odsłonił zakryty dotąd dół i spoczywające w nim kilkadziesiąt butelek i zaczął rzucać.
Na całej długości dwóch kilometrów było zdolnych do działania tylko dwudziestu ośmiu żołnierzy. Każdy z nich rzucił za wał kilkadziesiąt butelek z benzyną. Cały teren aż do rzeki porośnięty był
krzewami i drzewami, które już płonęły w kilku miejscach. Jednak teraz buchnął prawdziwy pożar. Poruszające się prosto w jego kierunku pojazdy zaczęły gwałtownie zawracać, tak samo żołnierze. Atak załamał się gdy wszyscy na łeb i szyję uciekali z powrotem.
Generał patrzył ze stanowiska dowodzenia na płonący drugi brzeg. Z powodu opatrunku nie mógł nawet zakląć.
Dwa kilometry dalej, przy samochodach spotkały się resztki obrońców. Została ich połowa, z tego prawie wszyscy byli ranni. Większość dźwigała bezużyteczną broń. Wsiedli do samochodów i ruszyli w kierunku punktu zbiorczego, w którym mieli być dzień wcześniej.
Generał Tichonow nie miał szczęścia. Kiedy w końcu udało mu się przeprawić, wpadł w pułapkę, a jego zaatakowana z dwóch stron brygada została rozbita i poszła w rozsypkę. Jedyne, co wymamrotał przez bandaże, gdy dostał się do niewoli to – Cholerni Polacy.


Internetowa powieść w odcinkach
Nadeszły nowe czasy a z nimi nowa forma dawnych powieści drukowanych w prasie czy też czytanych w radiu.
Nasz tajemniczy autor Mot LaFar, którego opowieści "Jacka Prawego Przygody" i "Jacek Prawy. Przygoda w górach" znajdziecie na stronie Sensownie.pl, odezwał się nagle i niespodziewanie proponując swoją nową powieść. Zaznaczył jednak, że następny odcinek będzie za dwa tygodnie. Biorąc pod uwagę tematykę „Zaufania”, aż boimy się pomyśleć, czym też Mot LaFar się zajmuje między pisaniem kolejnych odcinków… A może to są zakamuflowane wspomnienia? Może Robert to alter ego Mot LaFara?!



Zaufanie


odcinek 1.


Gdyby nie trup konia, niczego by nie zauważył. Podszedł bliżej rozglądając się ostrożnie. Z padliny podniosła się chmara much, ale dookoła nie roznosił się zapach rozkładającego się ciała, więc sprawa była świeża. Przyjrzał się zwierzęciu. Znaki i kolory na siodle i derce były tak charakterystyczne, że nie pozostawiały wątpliwości. Koń należał do ochrony karawany kupieckiej.
I to nie byle jakiej karawany. Księstwo Podgórza może nie było wielkie, ale produkcja jego manufaktur zaczynała prześcigać wszystko co wytwarzano w Królestwie. Co ciekawe karawany z ich towarami prawie nigdy nie były napadane a same towary w przypadku sporów handlowych, tak częstych między kupcami, nie zalegały w magazynach zarekwirowane przez sąd, co było ulubiona metodą walki z konkurencją w dużych miastach. Działo się tak nie bez powodu. Ochrona karawan, składająca się z weteranów wojennych, była bezlitosna. Po każdym napadzie, nieważne udanym czy nie, natychmiast wzywane z księstwa posiłki tropiły napastników do ostatniego człowieka. Najbardziej przerażające było, że nikt nigdy później nie widział ich ani ich ciał. Nawet przygraniczna szlachta, która po cichu zajmowała się łupieniem kupców a łupy ukrywała w swoich zameczkach, nie ruszała kupców z Podgórza. Ostatni który tego spróbował, Graf Wyhodzki, wyśledzony przez pościg zamknął się w zamku i wezwał na pomoc sąsiadów. Kiedy ci przybyli na czele setki rycerstwa, napotkali ruiny pozostałe z zamku po ostrzale ciężkiej artylerii, pięciuset konnych i dwa oddziały pieszych muszkietników. Dowódca wyprawy, młody pułkownik ironicznie podziękował im za przybycie do pomocy w łapaniu „zbójów” i odprawił do domu. Zmyli się jak niepyszni, w drodze powrotnej pocieszając się grabieniem wsi należących do nieodżałowanej pamięci Grafa. Podobnie sędziowie rozpatrujący sprawy handlowe kupców z Podgórza nagle stawali się wzorami uczciwości. Mówiło się po cichu, że przyjęcie łapówki i niesolidne rozpatrzenie sprawy może skończy się chłostą we własnym domu wykonaną przez nieznanych sprawców. A straty finansowe pięciokrotnie przekraczają wzięte łapówki. Nigdy nikogo nie złapano, więc nie sposób było o coś oskarżyć władcę Podgórza, co nie zmieniało faktu, że wszystkie skierowane przeciw Podgórzanom sprawy rozsądzane były wyjątkowo uczciwie.
Dlatego widok martwego konia była tak niezwykły. Fakt, że pozostawiono na nim siodło, wskazywał na niekorzystny dla kupców przebieg wypadków. Albo wszyscy zginęli lub dostali się do niewoli, albo byli tak osłabieni napadem, że nie zebrali całego pozostałego dobra. Robert podszedł bliżej. Przy siodle była sakwa. W środku nie było nic specjalnego. Zgarnął trochę prochu i kilka kul do pistoletów używanych przez jeźdźca. Pasowały do jednego z jego pistoletów. Fajki należącej do żołnierza ani samej sakwy nie ruszył. Branie czegoś tak charakterystycznego mogło skończyć się kłopotami. Nie chciał skończyć tak jak prawdopodobnie skończą napastnicy, gdy dopadnie ich pogoń.

Zauważył ślady prowadzące w bok od traktu. Napastnicy nie zadali sobie trudu, aby je ukryć, co zresztą byłoby trudne zważywszy na ilość pojawiających się tu i tam plam krwi. Wrócił na drogę, wprowadził swojego konia między drzewa po drugiej stronie drogi i przywiązał. Wiedział, że powinien odjechać jak najszybciej, ale był ciekawy. Zresztą kto nie ryzykuje ten nie zarabia, a jego mieszek był chudy jak żebrak spod kościoła. Wyjął jeden z pistoletów, mniejszy, ale za to dwulufowy i ostrożnie ruszył tropem koni i wozów, omijając ślady krwi. Po jakiś 300 krokach dotarł do polany. Kolory widoczne między drzewami sprawiły, że przez dłuższą chwilę nasłuchiwał ukryty za drzewem zanim podkradł się bliżej. Po chwili stanął na skaju. Dalej nie wszedł. Na polanie między trzema wozami leżały ciała ludzi oraz kilka końskich. Powoli obszedł polanę trzymając się skraju lasu. To nie była duża karawana. Naliczył dziesięciu strażników i sześć innych ciał. Ilość strażników wskazywała na wartościowy ładunek.
-Może broń, a może nocniki - pomyślał. Porcelana z Podgórza szturmem zdobywała rynki Królestwa. Gdyby ładunek był jeszcze bardziej wartościowy nie wyruszyliby tak mała karawaną. Transportowali pewnie towar do jednego ze składów w którymś z większych miast.
Szedł teraz powoli, patrząc pod nogi. Napastników było około dwudziestu, o ile nie pogubił się w gmatwaninie śladów. Towar załadowali na konie własne oraz zabrane strażnikom i odeszli w las. Kilka zwierząt, które zostały ranne w potyczce, zabili. Jeśli liczyli, że zgubią pościg w leśnej gęstwinie to byli głupcami. Może zyskaliby na czasie, ale trup konia przy drodze zwróci uwagę każdego podróżnika. Nagle stanął.
Coś błyszczało pod krzakiem. Srebrna klamra od buta i to nie byle jaka. Klamra z herbem. Zmarszczył czoło. Gdzieś już widział ten herb. Rozejrzał się i zawrócił. Nic tu po nim. Tropiciele prowadzący pościg zobaczą, że nie wychodził na polanę. Trzeba jechać do najbliższej miejscowości. Jeżeli szczęście mu dopisze za wiadomość o napadzie zarobi parę groszy. Podgórzanie nie żałowali grosza tym którzy im pomagają, między innymi dlatego tak trudno było ujść kiedy cię ścigali. Wszystkie ręce wskazywały kierunek wyciągając się jednocześnie po pieniądze.
Tym razem szczęście mu nie dopisało. Kiedy dojechał do najbliższego miasteczka, czy raczej dużej wsi, huczało tam jak w ulu. Przejęty wójt poinformował go, że kilka godzin przed nim przybyli kupcy którzy na widok trupa konia w te pędy zawrócili z drogi powiadomić o napadzie. Pomyślał, że pewnie bardziej bali natknąć się na zbójów niż przejęli się losem konkurencji. Ale teraz siedzieli we wsi czekając na przybycie żołnierzy. Patrzyli na niego z niechęcią, jakby się bali, że będzie chciał odebrać im część nagrody. Pożegnał się z wójtem, grzeczność nawet wobec plebsu nic nie kosztuje, i ruszył przed siebie. Wiedział, że najbliższy rezydent któregoś z kupców Podgórskich wyśle gołębia z wiadomością i za dwa, trzy dni pojawi się tu oddział pościgowy z tropicielami. Nic tu po nim. W całej tej sprawie coś nie dawało mu spokoju. Jechał rozmyślając do wieczora. Wieczorem rozbił obóz przy drodze, spętał konia i długo siedział przy ognisku wpatrując się w płomienie. Rano osiodłał zwierzę i zawrócił.
Musiał przyznać, że wojskowym z Podgórza nie brakowało energii. Kiedy dotarł z powrotem do wioski już tam byli, a przecież do granicy było półtora dnia drogi. Dziesięciu konnych i młody oficer. Dowódca przesłuchiwał właśnie kupców. Zadawał im pytania próbując ustalić, jak zrozumiał, kiedy odkryli napaść. Żołnierze odpoczywali w cieniu, przyglądając mu się bez zainteresowania. Wyglądali jakby podróżowali całą noc. Oficer skończył przesłuchanie i z ręki do ręki przeszła sakiewka. Kupcy uradowani odeszli w ukłonach, by gdzieś na boku podzielić się pieniędzmi. Oficer rozejrzał się i podszedł do studni przy której stał Robert. Napił się wody jednocześnie oceniając jego wygląd i uzbrojenie. Było pewne, że jego oczom nie umknął nawet skrawek kolby pistoletu wystający z sakwy przy siodle. - Dobrego dnia - zagaił oficer. - Dokąd to waćpan jedziesz, jeśli można spytać?
-Na razie jechałem do tej mieściny - odparł, dobrze się bawiąc. - A co dalej zobaczymy.
-A cóż szlachcic, i żołnierz - dodał po chwili oficer - chce porabiać w takiej dziurze? - uprzejmie zdziwił się rozmówca, ale jego spojrzenie stwardniało.
-Nie udawajcie panie dowódco - uśmiechnął się trochę krzywo. Wiedział, że biegnąca przez policzek blizna, w czasie uśmiechu wygląda jeszcze upiorniej. - Wójt na pewno opowiedział wam o szlachcicu, który przyjechał po kupcach. I opisał go dość dokładnie.
-Rozumiem, że wyście to byli, Panie. - Oficer spojrzał na niego uważnie – Ale co sprawiło żeście zawrócili z drogi? Nagrodę już wypłaciliśmy. - dodał niezbyt grzecznie.
Szlachcic spojrzał na niego z nieprzenikniona twarzą. - W takim razie wypada, żebyście postawili choć kufel piwa komuś kto nadłożył taki szmat drogi.
Oficer zawahał się. Widać było, że chce wyruszyć jak najszybciej.
-Reszta oddziału poradzi sobie bez was - dodał. - A trop jest wyraźny.

Rozmówca spojrzał na niego przeciągle i skinął ręką. - W takim razie zapraszam waści. Sam się chętnie też napiję.

Robert nie zauważył żadnego gestu, ale kiedy weszli, usłyszał jak żołnierze podsunęli się bliżej wejścia. Uśmiechnął się. Nie przesadzano kiedy chwalono wyszkolenie i dyscyplinę armii Księcia Andrzeja. Usiedli i kiedy karczmarz podał piwo, oficer zagadnął.
-A skąd wicie, że jest jakiś inny oddział?
-Dajcie spokój! - pociągnął łyk piwa. Niezbyt dobre, ale zimne, prosto z piwnicy. - Karawanę chroniło dziesięciu ludzi, nie wysłano by w pościg mniej niż pięćdziesięciu!
Jego rozmówca pochylił się szybko i zapytał cicho - A skąd wiecie ilu ludzi chroniło karawanę? -
Z podziwem zauważył, że rozmówca nie położył dłoni na pasie z bronią i nadal wydawał się rozluźniony.
-Wiem, bo tam byłem. - odparł spokojnie. - Poszedłem po śladach aż na polanę gdzie zbóje porzucili wozy i ciała waszych ludzi. - Pociągnął piwa nie spuszczając jednak wzroku z rozmówcy.
-Tak? I cóż zobaczyliście ? - zapytał spokojnie oficer.
-To samo co zobaczą wasi tropiciele. Plus moje ślady wokół polany - odparł.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Po chwili jego rozmówca odezwał się - Opowiedzcie co widzieliście.
W skrócie, ale dokładnie opowiedział o wszystkim co widział. O prawie wszystkim. Oficer słuchał uważnie. W końcu stwierdził – Chwali wam się, że wróciliście, by nam o tym opowiedzieć i nie utrudniać poszukiwań ale – wzruszył ramionami jakby z żalem- nagroda już wypłacona.
Szlachcic wyciągnął nogi, jak człowiek szykujący się do odpoczynku. -Zamówcie jakąś polewkę, głodnym.
Oficer w pierwszej chwili wydawał się być zniecierpliwiony, ale spojrzał mu w oczy i po chwili skinął na karczmarza. Robert pochylił się i od niechcenia powiedział - Dziwne, prawda?
Wyraźnie zaskoczył rozmówcę - Cóż takiego was dziwi?- ten zapytał.
-Zabrali wszystkich na polanę, a zostawili w krzakach przy drodze jednego zdechłego konia. Jeśli chcieli się ukryć, powinni zaciągnąć truchło dalej, jeśli nie to czego nie zostawili ciał na drodze?
-Może tylko ten koń zginął a resztę zabili dopiero na polanie? - zastanawiał się na głos oficer.
-Wasi ludzie podali się bez walki? - uśmiechną się nieprzyjemnie. - Zbójów był nie więcej niż dwudziestu. Gdyby to byli Zwykli – zaakcentował to słowo- zbóje, uciekaliby teraz
z podkulonymi ogonami. Ochrona waszych karawan to zawodowcy.
Jego rozmówca kiwnął głową, ale nie odezwał się, czekając aż karczmarz, który przyniósł miski z polewką, odejdzie. - Macie rację. Przekonamy się, gdy ich dogonimy.
-Albo i nie - Robert sięgnął do mieszka. Oczy siedzącego na przeciwko uważnie śledziły ruch jego ręki, kiedy położył na stole srebrną klamrę od buta. - Myślę, że wypłacicie mi trzykrotną wartość srebra za ten drobiazg - powiedział.
-A dlaczegóż to? - zapytał tamten spokojnie.
-Dlatego - odparł nabierając łyżką polewki – że tę klamrę znalazłem w lesie koło polany.
Jego rozmówca wpatrywał się w niego bez słowa.
-A ten herb – dodał wskazując łyżką, - zresztą rzadko spotykany w tej części kraju, zapewne nic wam nie mówi.
-Rzeczywiście, nie znam go. - przytaknął spokojnie oficer wpatrując się w klamrę.
-Bo nikt ważny go nie używa - przerwał na chwilę. - W tej części kraju znam tylko jednego szlachcica pieczętującego się tym herbem. Jest podręcznym wojewody podleskiego - dodał.
Zapadła cisza. Wojewoda podleski był największym wrogiem Księcia Podgórskiego w Królestwie. Cały czas walczył o odebranie mu specjalnych przywilejów, jakie tamten otrzymał po bitwie pod Białymstoczkiem. Łatwo się domyśleć, że Graf Wyhodzki był jego wasalem. Po dłuższej chwili oficer odezwał się – Zapłacę wam trzykrotną wagę tej klamry w złocie. Jeśli pojedziecie z nami.-Robert wziął klamrę do ręki, była przyjemnie ciężka, za to jego mieszek pusty. - Nie mam zapasów na podróż - powiedział. Oficer wyjął klamrę z jego dłoni, wstał i ruszył w kierunku drzwi.
-O to się nie martwcie, my mamy! Na koń! - zawołał do żołnierzy. Stanął w drzwiach czekając na Roberta. Ten dopił piwo jednym haustem i podniósł się z ławy.


odcinek 2.


Chwilę później galopowali na czele oddziału. W pewnej chwili dowódca zapytał - Wybaczcie, ale nie zapytałem jak się nazywacie. Ja jestem Paweł Nowosielski, obecnie oficer w służbie książęcej.
-Robert z Barczewa - skinął głową rozmówcy – obecnie sam sobie panem -dodał. Jego rozmówca nie skomentował tego i dalej podążali w milczeniu. Kiedy dotarli do miejsca napaści nie zatrzymali się nawet na chwilę, tylko ruszyli w kierunku polany. Tam dopiero zatrzymali się. Do dwóch niezniszczonych wozów zaprzężone były konie a kilku ludzi układało na nich ciała. Jeden podszedł do nich i zasalutował. - Major ruszył w pościg. Łatwo go będzie dogonić, bo ślad jest wyraźny -zaraportował wskazując jednocześnie kierunek ręką. – Rozumiem - oficer kiwnął głową w kierunku wozów - Zabieracie naszych do domu?
Roberta uderzyło to „naszych” w jego głosie. Niezwykła solidarność, choć przecież byli to zwykli żołnierze i kupcy.
-Tak jest - żołnierz wskazał jeden z wozów – dwa ciała należą do zbójów. Chcecie zerknąć panie?
-Oczywiście! Pułkownik je oglądał? - skierowali konie do wozu.
Żołnierz wskazał leżące na wierzchu ciała, zresztą zupełnie niepotrzebnie, bo różniły się ubiorem od pozostałych. – Tak, ale krótko, chciał jak najszybciej ruszyć w pogoń. Stwierdził, że zostawi to wam.
Oficer zerknął w stronę gdzie prowadziły ślady oddziału pościgowego. Widać było, że wolałby ruszyć za nimi. - No dobrze - skinął na swoich ludzi - zdejmijcie ich z wozu.
Robert nigdy jeszcze nie widział tak dziwnych oględzin zwłok. Mimo wyraźnej przyczyny zgonu, w jednym przypadku był to ślad po kuli w klatce piersiowej, w drugim cięcie szablą które roztrzaskało czaszkę, ciała rozebrano i obrócono oglądając nawet dłonie. Ubrania sprawdzono rozcinając szwy w kilku miejscach. Nowosielski który osobiście, co samo w sobie było niezwykłe, brał udział w oględzinach, wyjął bukłak z wodą i obmył dłonie. - Na koń – zawołał i skierował swój oddział w las. Dzięki temu, że poruszali się po śladach jechało im się na początku dość wygodnie, więc Robert zrównał się z dowódcą. - Ciekawe oględziny - zagaił. Oficer spojrzał na niego obojętnie. - Dlaczegóż to? - zapytał.
-Jeżeli mnie wzrok nie myli, to szukaliście tatuaży, znaków szczególnych, sprawdziliście dłonie i ewentualne schowki w ubraniu. - zawiesił na chwilę głos. – Szukaliście czegoś konkretnego?
Piotr przez chwilę jechał w milczeniu - Nie. Zresztą nic tam nie było, sami widzieliście - dodał.
-Ano widziałem - pokiwał głową - tak, to ciekawe.
Przez chwilę jechali w milczeniu, ale w końcu Nowosielski nie wytrzymał. - Cóż was tak zaciekawiło? - zapytał siląc się na obojętność. Robert uśmiechnął się w duchu, ale odezwał się równie obojętnym głosem.
-Ubrania były byle jakie, bez herbów, ale solidne i nie porwane. Przy ciałach nie było ż a d n y c h – podkreślił - wartościowych czy charakterystycznych przedmiotów. I sam widziałem jak oglądaliście ślady po pierścieniach na palcach. Pierścieniach, których nie było.
-A moi ludzie ich na pewno nie zabrali – z naciskiem stwierdził Oficer.
Roberta uderzyło to moi. Wyraźnie dotyczyło wszystkich żołnierzy a nie tylko tych, którymi dowodził Pan Piotr.
-Czyli ktoś się postarał żebyście nic nie znaleźli – zakończył. - Co stawia sprawę klamry w nowym świetle.
Nowosielski spojrzał na niego uważnie. Nie wyglądał na zaskoczonego tymi wnioskami.
Zagłębili się w las. Mimo że podążali śladami większego oddziału, a właściwie dwóch oddziałów, droga nie była łatwa. Biegła zygzakiem tam gdzie przedzieranie się przez gęstwinę było możliwe. Raz ścieżką wydeptaną przez zwierzęta, kiedy indziej prawie całkiem zarośnięta przecinką, którą ktoś kiedyś wykonał w lesie, może smolarze a może jacyś osadnicy pragnący ukryć się przed światem. Przez dłuższy czas posuwali się korytem strumienia, który nagle skręcił. Nic nie wskazywało na to, że doganiają główny oddział. Oficer chyba na to nie liczył, bo wieczorem, kiedy tylko napotkali dogodne do tego miejsce, zarządził postój. Żołnierze sprawnie i w prawie całkowitym milczeniu szykowali się do snu. Szybko rozpalono niewielkie ognisko i, po ugotowaniu posiłku, równie szybko zgaszono. Robert zdążył rozkulbaczyć i oporządzić konia a kolacja była już gotowa. Siedział pod drzewem i zajadał się kaszą suto okraszoną słoniną, dumając nad siłą armii księcia. Żołnierz dobrze wyszkolony, wyposażony i w dodatku najedzony jest prawie niepokonany, jeżeli natchnąć go zapałem do walki. A ci tutaj nie wyglądali na zaniepokojonych perspektywą możliwego starcia z przeciwnikiem, który przecież pokazał, że potrafi pokonać takich jak oni. Zastanawiał się co on tutaj robi. Jego udział w tej eskapadzie może przynieść niewielkie profity a z drugiej strony przysporzyć mu potężnych wrogów. Podobne myśli krążyły chyba po głowie oficera, który po posiłku przysiadł się do niego
i poczęstował gorzałką z manierki. Robertowi zaimponowało, że nie wydał żadnego rozkazu a jednak sierżant podzielił i rozstawił wary wokół obozu. - Spodziewacie się kłopotów? - zagaił szlachcic pokazując na najbliższego wartownika. Nowosielski wzruszył ramionami. -Strzeżonego... - przerwał.
-Nie raz zdarzyło się, że ścigany zawracał żeby zrobić niespodziankę ścigającemu. Lepiej powiedzcie o czym tak rozmyślacie ? – zapytał. - Cały dzień nie odezwaliście się ani słowem.
-Robert spojrzał na niego i wykrzywił twarz w uśmiechu. - Drugi raz w ciągu dwóch dni - pomyślał przelotnie - chyba wejdzie mi to w nawyk.
-Pewnie myślałem o tym samym co waćpan – zawiesił głos na chwilę – co ja tutaj robię.
-Piotr przez chwile wyglądał na zaskoczonego po czy roześmiał się. - I do jakiego doszliście wniosku? - zapytał uśmiechając się, ale jego oczy spoglądały badawczo.
-Że jeszcze nie wiem! - wyciągnął się na ziemi kładąc pod głowę siodło a obok pod ręką szablę.
Dowódca wstał, ale po chwili pochylił się i cicho zapytał - A jak będziecie wiedzieli, to co zrobicie?
-Wtedy.... - Robert położył z drugiej strony posłania pistolet, sprawdzając najpierw czy jest nabity. – dowiecie się o tym pierwsi - obiecał. Oficer kiwnął głową jakby zgadzając się z nim i bez słowa skierował do swojego posłania.
Szlachcic przez chwilę zastanawiał się co jeszcze oprócz dziwnej ciszy uderzyło go w zachowaniu żołnierzy w tym obozowisku. Było coś jeszcze. Napięcie przed walką? Strach?
-Zawziętość – pomyślał. - Oni wiedzą, że robią to co muszą i za wszelką cenę doprowadzą to do końca, nawet kosztem własnego życia.
Zadowolony, że rozwiązał zagadkę, usnął.


Odcinek 3.


Następnego dnia po szybkim śniadaniu ruszyli naprzód. Przez większość czasu poruszali się w milczeniu. Ich droga zakręcała coraz bardziej na zachód. Ślady wskazywały, że główny oddział wyprzedza ich nie więcej niż o pół dnia drogi. Mimo panującej ciszy każdy zastanawiał się na tym samym - jak daleko są bandyci i czy doszło już do starcia.
Mimo, że szli przetartym szlakiem, droga przez las rządziła się własnymi prawami uniemożliwiając im poganianie koni, kierując ich raz w prawo, raz z lewo. Kiedy wieczorem kładli się spać napięcie w oddziale było już namacalne. Wiedzieli, że następnego dnia dogonią główny oddział.
Jak poprzedniego wieczoru Robert nie odmówił poczęstunku
i pociągnął solidnie z manierki Piotra. Panująca cisza zniechęcała do rozmowy. Ale kiedy oddawał manierkę, powiedział na głos to, co nie dawało mu spokoju przez cały dzień. - Jak oni chcieli uciec z końmi obładowanymi towarem?
Nowosielski potrząsnął głową - Nie wiem. Jutro wszystko się wyjaśni.
Robert pokiwał głową. Najwyższy czas, aby ten pośpiech dał jakieś efekty.
Następnego dnia zwinęli obóz bez śniadania. Szlachcic jechał pogryzając suchary, które dostał od jednego z żołnierzy. Wszyscy spieszyli się wiedząc, że nie mogą być daleko od celu. Nagle jadący przodem żołnierz podniósł rękę. Kolumna stanęła a wszystkie dłonie spoczęły na broni. Dowódca ruszył naprzód, ale teraz, w ciszy, wszyscy usłyszeli co się stało. Odległy szum rzeki. Ruszyli ostrożnie przed siebie. Po kilkudziesięciu krokach ścieżka zakręcała. Szum wody stał się głośniejszy. Za zakrętem las się urywał a na jego krawędzi zobaczyli konie i ludzi. Po pełnej napięcia chwili odetchnęli. Dogonili główny oddział.
Podjechali bliżej. Wystarczyło jedno spojrzenie żeby ocenić sytuację. Las kończył się na krawędzi prawie pionowego wąwozu, którego dnem płynęła spieniona rzeka. Wąwóz ciągnął się w górę
i w dół rzeki i wszędzie był zbyt stromy i głęboki żeby przejechać konno. Ślady na brzegu wskazywały, że do niedawna był tu prowizoryczny most. Kiedy Nowosielski rozmawiał cicho ze swoim dowódcą, Robert podjechał do krawędzi. Bale, które pozostały po zniszczeniu mostu, wykonane były ze zwykłych, nieokorowanych, niedawno ściętych pni drzew. W tym momencie podjechali do niego obydwaj oficerowie.
-Pułkownik Koniecki - skinął głową na powitanie dowódca.
-Robert z Barczewa - odparł kłaniając się tak samo oszczędnie. - Napracowali się ci nasi zbóje - wskazał zawaloną przeprawę. - Zbudowanie mostu musiało im zabrać parę dni.
-Zbudowali go przed napaścią - przytaknął oficer. - Znalezienie przeprawy i podjęcie tropu zajmie nam zapewne trochę czasu.
-Jeżeli zaplanowali jeszcze kilka takich niespodzianek, będzie trudno ich schwytać - spojrzał z zadumą na spieniona wodę. - Gdzie spodziewacie się szybciej znaleźć przeprawę W górze czy w dole rzeki? - zapytał.
-W górze. - Koniecki wskazał w kierunku pobliskich wzgórz. - Las tam jest rzadszy i łatwiej będzie podróżować wzdłuż rzeki, która powinna być coraz mniejsza - przerwał na chwilę.
-Nie chciałbym marnować waszego czasu na pościg, który może trwać bardzo długo- dodał.
-Damy wam weksel, który każdy z naszych kupców wymieni na gotówkę.
Wyglądało na to, że dowódca miał inne zdanie na temat jego obecności w oddziale niż porucznik. Robert z zadumą w milczeniu przyglądał się rzece. Niezręczna cisza przeciągała się. Kiedy pułkownik wyprostował się jakby chciał coś powiedzieć, szlachcic odezwał się pierwszy.
-Jeżeli podzielą oddział będzie trudno wam schwytać ich wszystkich.
Dowódca nie wyglądał na zaskoczonego. – Zapewne – potwierdził - ale nie darujemy żadnemu.
-Jeżeli był jakiś zleceniodawca - kontynuował Robert jak gdyby nigdy nic – znać go może tylko kilku, może nawet jeden z bandytów. Jeśli go nie schwytacie, nie poznacie prawdy.
Koniecki otworzył usta, ale nic nie powiedział.
-Co macie na myśli? - zapytał Nowosielski.
-Skoro mnie odsyłacie „z kwitkiem”- z rozbawieniem zauważył, że żaden z oficerów nie zaprzeczył - odwiedzę kilka najbliższych miasteczek. Zbóje nie pojawili się znikąd. Musieli gdzieś przebywać, spotykać się, nocować. Tak dużą grupę na pewno ktoś zapamiętał. Może dowiem się czegoś wartościowego.
-Dlaczego mielibyście to zrobić? - zapytał spokojnie Pułkownik, patrząc mu w oczy.
-Mam dużo czasu wolnego - skrzywił się. – I właśnie szukam dobrze płatnej pracy - dodał.
-Wszystkiego dowiemy się kiedy ich schwytamy - stwierdził Koniecki.
-Jeżeli ich schwytacie - poprawił go – i jeśli będą żywi. Bez walki się raczej nie poddadzą.
Dowódca zamyślił się na chwilę. - A co wy myślicie? - zwrócił się do swojego zastępcy.
Pan Piotr pokiwał głową – Jest w tym dużo racji.
-Mam tylko jeden drobny problem - Robert kuł żelazo póki gorące - czasami trzeba informatorom „przypomnieć” coś brzęczącą monetą. Nie chce nadwyrężać zaufania waćpanów, więc może dacie mi do towarzystwa jakiegoś żołnierza, który będzie dysponował kiesą na konieczne wydatki - dodał.
Dowódca zastanawiał się dłuższą chwile a potem przez jego usta przemknął uśmiech, ze znanego tylko sobie żartu.
-Macie rację – stwierdził - nie zaszkodzi powęszyć w okolicy. Dlatego wyślę z wami porucznika.
Robert nie był zdziwiony, ale Nowosielski przez chwilę nie wiedział co powiedzieć.
-Panie pułkowniku, a pościg?- zapytał.
Zanim dowódca odpowiedział szlachcic wiedział, że młody oficer nie ma wyboru.
-Myślicie, że nie poradzę sobie z dowodzeniem pięćdziesięcioma żołnierzami? - stwierdził oschle Koniecki. – Szykujcie się do drogi, to rozkaz!
Porucznik nie próbował dyskutować. Kilka chwil później oddział podzielił się i w czasie kiedy większość ruszyła w górę rzeki, dwóch jeźdźców odłączyło się i skierowało w przeciwną stronę.


Odcinek 4.


Dzień później udało im się przeprawić przez rzekę. Po kolejnych dwóch dotarli do pierwszej osady. Było to zaledwie kilka chałup smolarzy ukrytych głęboko w lesie. Gdyby nie snujący się dookoła dym z kopców, gdzie wypalali węgiel drzewny, nigdy nie trafiliby na ich domy, przypominające raczej przykryte gałęziami ziemianki. Miejscowi twierdzili, że od wielu tygodni nie widzieli nikogo obcego i zapraszali na nocleg, ale Robert widział z jaką chciwością patrzyli na ich ekwipunek i konie. Nie spieszyło mu się do spania w ich zarobaczonych domach a szczególnie pobudka w nocy z poderżniętym gardłem. Zapłacił za informacje garścią tytoniu i podziękował za nocleg. Piotr miał widocznie podobne odczucia, bo nie protestował. Ruszyli w kierunku wskazanym przez miejscowych jako droga do najbliższej „miejscowości”, tak dużej, że podobno jest tam nawet karczma i kowal. Jechali kilka godzin, zanim stanęli na nocleg. Zgodnie uznali, że tak będzie bezpieczniej.
-Powiedzcie mi Panie Robercie - odezwał się Nowosielski. - Myślicie, że uda nam się cokolwiek odkryć? - widać było, że zastanawiał się nad tym przez cały czas.
Wzruszył ramionami nie odpowiadając. Po chwili sam zapytał – Pułkownik was chyba nie lubi. Łatwo się was pozbył – dodał, choć nie było to zbyt uprzejme. Jego rozmówca tylko się uśmiechnął.
-Nie uważa mnie za prawdziwego żołnierza – stwierdził. Zabrzmiało to tajemniczo, ale widać było, że nie powie nic więcej.
Może dostał stopień dzięki protekcji a może przydzielono go pułkownikowi wbrew jego woli. Nie takie rzeczy zdarzały się w wojsku - pomyślał. Jednak podobało mu się opanowanie, dość niezwykłe u tak młodego oficera.
-Zbóje długo przygotowywali się do napadu - odezwał się zaskakując sam siebie. Wyjawianie myśli nie było w jego zwyczaju. - W tym rejonie kraju nie ma zbyt wielu wsi i miasteczek.
Piotr nie wyglądał na zachwyconego. – Chcecie tułać się po okolicznych miejscowościach bez celu, wypytując o podejrzanych ludzi? Brody urosną nam do pasa, zanim coś znajdziemy.
Wzruszył ramionami i zaczął szykować się do snu. Kiedy okrywał się derką zobaczył, że oficer ciągle stoi i czeka na odpowiedź. Wyglądało na to, że poznał już jego obyczaje. Skrzywił się. - Ile jest miasteczek i wiosek dość dużych, żeby miały karczmę lub gospodę a dość małych by nie posiadać burmistrza czy innego przedstawiciela władzy, mogącego zainteresować się podejrzanymi gośćmi? W odległości kilku dni jazdy od niespodzianki, którą przygotowali na rzece?
Odwrócił się na bok i zasnął nie czekając na odpowiedź.
Następnego dnia wstali i w milczeniu ruszyli w drogę. Robertowi to odpowiadało. Wędrując, najczęściej samotnie, przyzwyczaił się do ciszy. Wypatrywał najlepszej drogi jednocześnie próbując przypomnieć sobie mapę tej części królestwa. Przypuszczał, że kilka dni drogi na północny wschód od nich leży miasto Niżodwór, stały punkt postojów karawan kupieckich podążających szlakiem w głąb królestwa. Niestety nie znał terenów położonych bliżej. Nie martwiło go to zbytnio. Nie pierwszy raz będzie „koniec języka za przewodnika”.
Po południu trafili na drogę. Bardziej przypominała ścieżkę niż prawdziwy trakt, ale prowadziła we właściwym kierunku i były na niej ślady pozostawione przez ludzi i konie a nie dzikie zwierzęta. Jechali teraz szybciej i pod wieczór, jeszcze zanim skończył się las, usłyszeli szczekanie psów.
Do zabudowań dotarli już po zmroku. Wieś nie była duża, ale przy drodze biegnącej przez jej środek, stała większa chałupa z szyldem, udająca karczmę. Kiedy podjechali pod wejście, ze stojącej obok szopy wyszedł rozczochrany chłopak ze słomą we włosach. Zostawili mu konie, nakazując o nie zadbać i dźwigając sakwy weszli do karczmy. Jej wnętrze pasowało bardziej do wiejskiej chaty, niż gospody. Wprawdzie na środku stały dwa, byle jak wykonane, stoły z ławami, ale nie było nawet śladu szynkwasu. Karczmarz stał przy palenisku w rogu sali i mieszał w osmalonym garnku. Obok, na krzyżakach stało coś co wyglądało jak beczka piwa. Jeden ze stołów był zajęty. Siedziało przy nim trzech mężczyzn wyglądających na żyjących z szabli. Ni to żołnierze, ni to uboga szlachta. Pełno takich kręciło się po królestwie w czasach pokoju, szukając zajęcia. Łojowa świeca stojąca na ich stole była jedynym źródłem światła w izbie, oprócz blasku ognia z paleniska. W jej świetle ich twarze wyglądały podejrzanie i groźnie. Robert skinął im głową i skierował się do wolnego stołu. Nie zwrócili na niego uwagi, za to mundur Nowosielskiego wywołał zainteresowanie. Kiedy usiadł tyłem do ściany na rozchybotanej ławie i złożył toboły na podłodze, zauważył jak wpatrują się w jego towarzysza. Żołnierz nie dał po sobie znać, że to zauważył, ale usiadł na ławie obok zamiast usiąść plecami do sali. Chłop stojący przy ogniu nie ruszył się z miejsca, za to z ciemnego kąta, gdzie siedziała niewidoczna, wychynęła kobieta. Była tak zaniedbana i zniszczona, że mogła mieć zarówno trzydzieści jak i pięćdziesiąt lat. Od ognia zapaliła świecę. Podeszła, przetarła stół szmatą, rozmazując tylko brud jeszcze bardziej i postawiła święcę na środku.
-Zaraz będzie polewka piwna, Jaśnie Panowie – powiedziała chrapliwym głosem.
-Z serem – dodała po chwili zastanowienia.
-Jest coś do picia? - zapytał bez większej nadziei.
-Piwo, Jaśnie Panie - zachrypiała kobieta. Chłop zaczął szybciej mieszać w osmolonym garze.
-Niech będzie – Robert zrezygnowany kiwnął głową. Kobieta podeszła do beczki i napełniła gliniane kufle. Wyglądały na wykonane przez osobę, która nigdy nie widziała koła garncarskiego. Kiedy postawiła je przed nimi, nieufnie zajrzał do środka. Na mętnym płynie nie było ani śladu piany. Kiedy wziął kufel do ręki, kobieta zniknęła w swoim kącie.
-A dokąd Bóg prowadzi? - rozległo się w izbie. Jeden z siedzących przy sąsiednim stoliku, chudy mężczyzna z wygoloną głową, ozdobioną paskudna szczerbą jak po cięciu szablą, uśmiechał się do nich.


Odcinek 5.


Robert jeszcze raz zerknął do kufla i westchnął. – A żebym to ja wiedział. Człowiek tuła się tu i tam.
-Ale pan oficer to chyba z rozkazem jakim podąża – nieznajomy zwrócił się do Nowosielskiego. Nadal się uśmiechał, ale jego oczy patrzyły uważnie.
-Ano z rozkazem. - Piotr pokiwał głową. – Bandytów szukamy. Na kupców napadli kilka dni temu niedaleko stąd.
-Na kupców?- chudy spojrzał na swoich kompanów po czym podniósł się z kuflem w ręku.
-Pozwólcie waćpanowie się dosiąść, chętnie posłucham nowin - kiedy podchodził Robert zauważył, oprócz szabli, nabity pistolet zatknięty za pasem. Proch na panewce wskazywał, że załadował go słysząc ich konie na zewnątrz.
-Siadajcie, siadajcie – kiwnął głową. Obok Nowosielski opierał się o ścianę, patrząc obojętnie przed siebie.
Nieznajomy postawił kufel i usiadł kładąc ręce na kolanach. Jego dłonie zniknęły zakryte blatem stołu. - A dokąd waćpanowie podążacie za onymi bandytami. - Sądząc po sposobie mówienia pochodził ze wschodniej części królestwa.
-Banda się rozdzieliła, więc po karczmach wędrujemy – skłamał Robert. – Pojedynczo wyłapać chcemy. Spotkaliście może kogo przy szabli w ostatnich dniach?
-Ano nie!- Obcy aż odchylił się do tyłu ze śmiechu. - Toście nas za onych zbójów pewnikiem wzięli! - Rozległ się cichy trzask. Robert bez zastanowienia rzucił się nad stołem waląc kuflem w łysy czerep. Kufel rozleciał się na kawałki zalewając piwem przewracającego się przeciwnika i pistolet w jego rękach. Szlachcic kątem oka zobaczył jak Piotr płynnym prawie tanecznym krokiem wyskakuje zza stołu, po czym przewrócił się razem ze stołem na ziemię. Zrobił przewrót, wyciągnął szablę i, zanim stanął, przebiegł dwa kroki w stronę reszty przeciwników. Nie było pośpiechu. Pierwszy zbój leżał z do połowy wyciągniętą szablą i poderżniętym gardłem kopiąc nogami polepę. Drugi zdążył wyciągnąć broń, ale nie na wiele mu się to zdało. Nowosielski wyciągał właśnie nóż z jego piersi. Wytarł nóż i schował go do rękawa.
-Dziwne - pomyślał Robert. - Tyle czasu razem wędrujemy a nie wiedziałem, że nosi nóż w rękawie. - Schował szablę i pochylił się nad łysym. Leżał nieprzytomny a z rozbitej głowy płynęła krew. Klepnął go kilka razy po twarzy, ale nie przyniosło to efektu. Przyjrzał się ranie. Widać w niej było kawałek kości. Widocznie kufel był mocniejszy niż na to wyglądał.
Podniósł świecę, która leżała na podłodze, ale nadal się paliła, obejrzał jeszcze raz głowę rannego, po czym przeszukał jego ubranie. Nic, jedynie w sakiewce, pomiędzy miedziakami, błyszczało kilka złotych monet. Bardzo niezwykłe u takich łapserdaków. Obejrzał się na Nowosielskiego, który robił to samo. Tamten pokręcił głową i pokazał mu takie same złote monety. - Wynieśmy ich na zewnątrz - Szlachcic chwycił pierwszego za ręce. Po chwili wrócili do izby. Robert podszedł do beczki z piwem, chciało mu się pić. Kiedy przechodził koło kąta, w którym była kobieta, rozległ się cichy jęk. Chłop zniknął zaraz na początku całego zamieszania. Napełnił dwa kufle i wrócił do jedynego całego stołu. Tym razem Piotr wyciągnął po swój rękę i pociągnął solidnego łyka. Kiedy krztusił się i krzywił, szlachcic wysypał pieniądze z sakiewek na stół, wybrał złote monety i podzielił na dwie części po czym swoją spokojnie schował do sakiewki. Nowosielski, po chwili wahania, zrobił to samo patrząc z wyraźnym zdziwieniem jak kompan zsypuje miedziaki do dwóch sakiewek. Nie zdążył o nic zapytać, kiedy otworzyły się drzwi i do sali wszedł chłop z widłami w ręku a zaraz potem drugi, szeroki w ramionach w skórzanym fartuchu i z młotem. Za nimi do izby zaglądało jeszcze kilka osób.
-Aa, gospodarzu jesteście. - Robert machnął ręką i pociągnął łyk piwa. Skrzywił się.
-Podejdźcie no tutaj. - Zaskoczony chłop zrobił dwa kroki i stanął oglądając się na swojego towarzysza.
-Mam do was prośbę gospodarzu. - Szlachcic rozparł się wygodnie na ławie.
-Razem z panem oficerem rozprawiliśmy się właśnie ze zbójami, którzy napadli kupców na szlaku kilka dni temu. – wskazał ręką w nieokreślonym kierunku. - Bylibyśmy wdzięczni gdybyście zaopiekowali się rannym - wskazał leżącego na podłodze.
-A to za straty i wasze starania - Rzucił mu jedną z sakiewek z miedziakami. Chłop chwycił pieniądze upuszczając przy okazji widły, po czym mamrocząc coś pod nosem zaczął się kłaniać i razem z kobietą, która wyjrzała nagle ze swojego kąta, wyciągnęli rannego z izby. Drugi stojący samotnie na środku izby wydawał się zagubiony. Zzapewne jesteście kowalem w tej wiosce - zwrócił się do niego Robert.
-Tak, panie. - chłop skinął głową i przełożył młot do drugiej ręki starając się chować go za plecami.
-Moglibyście zapewnić tym biedakom na zewnątrz godny pochówek? - szlachcic rzucił druga sakiewkę. - Nawet zbójom należy się pogrzeb.
-Oczywiście, panie. - Kowal zręcznie chwycił pieniądze w powietrzu i kłaniając się zaczął wycofywać do drzwi.
-Zaraz ich zabiorę i pochowam – obiecał i wyszedł zamykając drzwi. Przez chwilę słychać było jak pokrzykuje na ludzi na zewnątrz.
Zapadła cisza. Szlachcic czekał na moment kiedy opadające napięcie spowoduje drżenie rąk i spod oka obserwował towarzysza. To co zobaczył, zdziwiło go bardziej niż nóż w rękawie. Piotr usiadł rozluźniony, oparty o ścianę i zaczął oddychać w jakiś dziwny sposób. Zdążył naliczyć dziesięć powolnych, głębokich oddechów, kiedy tamten wyprostował się, przeciągnął i sięgnął po kufel.
-Skąd wiedzieliście, że chłop wróci z pomocnikami a nie zwyczajnie schowa się na dworze? - zagaił. Podniósł kufel, ale skrzywił się i odstawił nie pijąc.
-Gdyby starła się większa grupa pewnie by tak zrobił – położył drżące dłonie na kolanach i spojrzał na wciąż leżące na środku izby widły - ale nas było dwóch, tamtych trzech. Spodziewali się zastać tu jednego lub dwóch żywych, do tego rannych. Łatwy łup.
Piotr pokiwał głową – Myślicie, że to nasi zbóje? - zapytał patrząc na plamy krwi na podłodze.
-To dziwne, ale chyba tak – Robert pokręcił głową, zamyślony.
-Dziwne? - Nowosielski spojrzał na niego zaskoczony. – Sami twierdziliście, że banda się rozpadnie.
Szlachcic wzruszył ramionami. - Nikt rozumny nie zatrzymałby się w takiej dziurze – wyjaśnił. - Powinni jechać jak najszybciej i jak najdalej stąd. W większym mieście zniknęliby w tłumie.
-Więc nie liczyliście, że nasze poszukiwania coś dadzą? - porucznik popatrzył na niego zamyślony.
-Macie o to do mnie pretensje? - ruchem brody wskazał krew na polepie. I choć wiedział, że przez bliznę na policzku jego uśmiech wygląda paskudnie, nie mógł się powstrzymać.


Odcinek 6.


-Jesteście szczerzy do bólu – Piotr pokręcił głową. - Może przeszukamy ich bagaże? - wskazał sakwy i siodła leżące w kącie.
-Dobrze, ale raczej nic nie znajdziemy. Wśród naszych „przyjaciół” nie było chyba nikogo ważnego.
Okazało się, że miał rację. Nie znaleźli żadnych pergaminów, nic charakterystycznego czy zastanawiającego. Wybrali z rzeczy to, co mogło im się przydać a resztę oddali gospodarzowi w zamian za nocleg i posiłek, o ile można nazwać posiłkiem to czym ich nakarmiono. Następnego dnia rano ogłuszony przeciwnik nadal nie odzyskał przytomności. Zostawili go w karczmie i wyruszyli w drogę zabierając ze sobą najlepszego ze zdobycznych koni jako jucznego. Pozostałe, wymęczone i zaniedbane, niewiele były warte. Nie rozmawiali o rannym. Było pewne, że zanim minie południe chłopi poderżną mu gardło a ciało utopią w gnojówce.
-Co proponujecie teraz zrobić? - zagaił rozmowę Nowosielski.
-To zależy od was - szlachcic wzruszył ramionami. - Zakładamy, że banda się rozproszyła. Możemy poszukać waszego oddziału albo kontynuować poszukiwania. Wy płacicie, wy decydujcie - zakończył cynicznie.
-Stracimy dużo czasu na poszukiwanie oddziału i będzie już za późno na kontynuowanie poszukiwań - zastanawiał się na głos oficer. - Myślę, że powinniśmy kontynuować. Robert pokiwał głową.
-Pytanie co robimy dalej. Przeszukujemy karczmy wyłapując płotki czy raczej zapolujemy na grubego zwierza?
Piotr spojrzał na niego z uśmiechem. - Dlaczego mam wrażenie, że prowadzicie mnie jak kozę na sznurku?
-Jak się powiedziało „a”… - Robert machnął ręką w kierunku jazdy. - Mamy się włóczyć po wsiach i bawić w zemstę czy spróbujemy namierzyć mocodawców napaści?
-A jeśli powiem, że interesują nas mocodawcy to co poradzicie zrobić? -Oficer przyglądał mu się uważnie.
-Poradzę wam… - szlachcic zawiesił głos - na początek przebrać się w coś innego.
Wieczorem na postoju przeszukali sakwy. Kiedy następnego dnia rano ruszyli dalej, Nowosielski wyglądał jak jeszcze jeden poszukujący szczęścia zubożały szlachcic. Nie podróżowali już od wioski do wioski tylko skierowali się prosto w kierunku Niżodworu.
Cztery dni później dotarli do miasta. Nie było jakieś szczególnie duże, ale stanowiło ważny punkt handlowy i o każdej porze roku przejeżdżały tędy tłumy ludzi. Wyróżniało się nie tylko duża liczbą składów handlowych, ale i niezwykle licznymi gospodami. Na widok gwaru panującego w mieście oficer pokręcił z powątpiewaniem głową, ale milczał zdając się na doświadczenie Roberta. A ten bardzo szybko znalazł im nocleg w tanim zajeździe, na tyle czystym, że po pościeli nie buszowały pchły ani wszy. Zjedli posiłek, odpoczęli a wieczorem wyszli przejść się po mieście. Odwiedzali różne gospody wypijając jedno, dwa piwa i przysłuchując się rozmowom. Piotr zauważył, że nie zachodzą do najtańszych ani do najdroższych przybytków Bachusa. Zapytał o to, kiedy po odwiedzeniu trzech karczm przystanęli w bocznej uliczce żeby sobie ulżyć.
-Ktoś kto sypnął złotem na taką eskapadę nie będzie się włóczył po najgorszych spelunkach – wyjaśnił szlachcic. - A ci których wynajął, wyróżnialiby się w tych najdroższych. Tak jak i my - dodał.
Następnego dnia po południu znów wyruszyli na poszukiwania. Wędrowali po lokalach i Piotr, który uważnie przysłuchiwał się rozmowom, nadal nie mógł rozgryźć czego szukają. Nie próbowali podsłuchiwać ludzi, szeptem załatwiających po kątach swoje sprawy, nikogo o nic nie wypytywali. Siedzieli pijąc piwo i rozmawiając, najczęściej o klientach przybytków, które odwiedzali. Trzeciego dnia młody oficer zbuntował się.


Odcinek 7.


– Panie Robercie – zaczął. Szlachcic kiedy usłyszał to „panie” wiedział, że cierpliwość Nowosielskiego się wyczerpała. Czekał na to od jakiegoś czasu i, prawdę mówiąc, spodziewał się tej rozmowy znacznie wcześniej.
– Odwiedziliśmy już chyba po dwa, trzy razy każdą gospodę w tej mieścinie i nie widzę żadnego efektu naszych poszukiwań – kontynuował. - Nie macie wrażenia, że marnujemy czas? I pieniądze.
– Nie – odparł. Prawdę mówiąc bawiła go ta rozmowa.
– Nie? - Młodzieniec wyglądał na spokojnego, ale znał go już na tyle, by rozpoznać wzburzenie. - A co waszym zdaniem – to „waszym” mocno podkreślił – osiągnęliśmy, pijąc piwo trzy dni i nie otwierając gęby do nikogo obcego?
– Dużo – odparł. Bawił się coraz lepiej.
– Dużo? - zapytał z niedowierzaniem oficer. - A co takiego mianowicie?
– Nie macie do mnie zaufania? - Szlachcic zrobił obrażoną minę. Chyba przesadził, bo Nowosielski spojrzał na niego i rozsiadł się wygodnie z zagadkowym wyrazem twarzy.
– Dworujecie ze mnie – stwierdził – a to znaczy, że coś przegapiłem.
Zapadł cisza. Robert poznał go na tyle by wiedzieć, że zabawa się skończyła. Pociągnął łyk piwa, które przez te trzy dni zdążyło już mu obrzydnąć.
– Jak ktoś nic nie wie, to nam nie powie – zaczął trochę bez sensu. – A jak wie, to najwyżej powie jak dostać nożem w plecy w ciemnym zaułku. - Nadal było to bezsensowne, ale Piotr milczał.
– Szukamy grupy mężczyzn, którzy umówili się na spotkanie, aby odebrać zapłatę. Jesteśmy w tej mordowni trzeci raz – kontynuował. - Pierwszego dnia było ich czterech, teraz jest ośmiu. Widywaliśmy ich w wielu tawernach, ale tutaj przesiadują najczęściej i tylko tutaj całą grupą. Nie szukają pracy, nie zwracają na siebie uwagi.
– Może są z kimś umówieni i nie mają z nami nic wspólnego. – Nowosielski przesunął obojętnie wzrokiem po sali, ale Robert był pewny, że zauważył i zapamiętał ludzi, o których rozmawiali.
– Może – wzruszył ramionami. - Ale tylko oni wpadli mi w oko.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Wiedział, że młodzieniec ma doskonałą pamięć i dał mu czas na przeanalizowanie swoich spostrzeżeń.
– A teraz idźcie do karczmarza i zamówcie butelkę najlepszego wina jakie mają. - Z żalem zauważył, że oficer nie wygląda na zaskoczonego, stanowczo zaczyna go znać zbyt dobrze. - A jak będziecie pytać o nocleg, to dowiedzcie się kiedy zwolnią pokoje obecni mieszkańcy – dokończył. Nowosielski spojrzał na niego ze zrozumieniem. – A drogie wino ma nakłonić karczmarza do gadatliwości?
– Nie, mam po prostu dosyć tego świństwa – wskazał na kufle z piwem. Piotr roześmiał się szczerze, chyba pierwszy raz odkąd się poznali i wstał od stołu.
Okazało się , że wszystkie cztery izby w karczmie są zajęte jeszcze przez kilka dni, o czym z żalem karczmarz poinformował bogatego Panicza, który nabył u niego chyba jedyną butelkę przyzwoitego wina, płacąc cenę jakby to było Werhadzkie różowe a nie zwykłe czerwone z południa. Postanowili więc zaczekać te kilka dni. Kiedy następnego wieczoru Robert zaszedł do karczmy, w izbie przy stole w kącie siedziało już dziesięciu „szlachciców”, z których każdy wyglądał na takiego, co by bez wahania poderżnął gardło własnej babce za parę miedziaków. Dzień później Nowosielski wpadł na łyk gorzałki a karczmarz, który jak się okazało zapamiętał Panicza, od razu pokazał mu butelkę „doskonałego” wina jakie zamówił specjalnie dla niego i z radością poinformował, że za dwa dni będzie miał dla niego „przestronny i wygodny” pokój. W kącie przy ławie siedziało już dwanaście osób.


Odcinek 8.


Następnego dnia spakowali swoje rzeczy. Pokój mieli zapłacony na dwa dni do przodu, ale nie uznali za rozsądne informować gospodarza o swoim rychłym wyjeździe. Plan był prosty. Zaczekać, aż zostaną wypłacone pieniądze, po czym podążyć za zleceniodawcą i „grzecznie” go wypytać o wszystkie szczegóły. Nie zaglądali więcej do karczmy, gdzie zbierała się podejrzana grupka. Za to kramarze, na ulicy przy której leżała, mieli tego dnia wyjątkowo wybrednych i niezdecydowanych klientów. Dzięki temu, że ich stan posiadania zwiększył się o jeden dzban, kiepsko farbowaną chustkę i kilka pęków ziół poprawiających trawienie, wiedzieli że dzisiaj żaden z ich „przyjaciół” nie wyszedł na miasto. Kilka osób podjeżdżało do karczmy, ale tylko jeden wędrowiec tam został a jego konia zaprowadzono do stajni. Wyglądało na to, że nadjechał od południa. Postanowili, że po zmroku opuszczą miasto południowa drogą i rozbiją niedaleko niej obóz. Jeżeli nie wyjedzie, to rano wrócą i sprawdzą czy nieznajomy nadal mieszka w karczmie. Cały czas dręczyła ich niepewność czy nie napadną na bogu ducha winnego człowieka, ale postanowili działać do końca.
Kiedy zapadł zmierzch zakończyli obserwację i ruszyli po swoje rzeczy. Obeszli karczmę, w której mieszkali i weszli do stajni osiodłać konie. Kiedy skończyli, Nowosielski, który wyszedł pierwszy zawołał cicho – Podejdźcie tutaj!
Jego ręka wskazywała okno izby, którą wynajmowali, a które skierowane było właśnie na stajnię. Błyszczało w nim słabe światełko.
-Może gospodarz miał do nas sprawę i zostawił lampę – mruknął Robert rozglądając się. Wskazał dach stajni przylegający do ściany karczmy, niedaleko ich okna.
-Podsadźcie mnie – mruknął. Nowosielski bez słowa pomógł mu wspiąć się na stajnię. Powoli podkradł się na czworaka do ściany budynku i wychylił, zaglądając do pokoju. Czuł się jak cel na strzelnicy. Szybko z powrotem opadł na czworaka i odczołgał a potem zeskoczył z dachu.
-Jakichś dwóch szlachciców siedzi przy naszym stole – stwierdził. – A czterech innych czai się po obu stronach drzwi wejściowych.
Piotr uśmiechnął się do niego – Nie powinniśmy pójść zapytać co tam robią?
-Jesteście zbyt nierozważni, panie oficerze. – Robert pogroził mu palcem. Zamyślony rozejrzał się dookoła. - Ale skoro nalegacie, to was tam za chwilę wyślę – dodał. – Na razie chodźcie ze mną.
Wrócili do stajni. Podniósł dzban, który rzucili wcześniej w kąt razem z innymi zakupami. Z juków wyciągnął róg z prochem i wsypał trochę do dzbana dodając kilka kamieni. Dołożył jeszcze lont i zatkał szyjkę. Poprawił broń. Miał przy sobie tylko szablę i mniejszy pistolet. Piotr był uzbrojony w szablę i nóż. Reszta ich broni została w pokoju. - Pomóżcie mi znowu wejść na dach - powiedział do niego – a sami idźcie po cichu pod drzwi i czekajcie na mój znak.
-Znak?- zdziwił się Nowosielski.
-Będziecie wiedzieli. – Stęknął włażąc na dach i wyciągnął rękę po zaimprowizowaną bombę. Zaczął się skradać do okna. Po chwili oparty o ścianę karczmy wyjął krzesiwo. Rozejrzał się. Piotra już nie było na podwórzu. Sprawdził czy lont mocno siedzi, po czym zaczął go podpalać. Udało mu się za trzecim razem. Wziął zamach modląc się, aby rzucony pod kątem dzban nie odbił się od okna. Jak na jego gust lont palił się zbyt szybko, nie było czasu na zastanawianie. Machnął ręką, po czym przywarł plecami do ściany. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła a chwilę później wybuch wypchnął resztki okna na zewnątrz. Wychylił się z dachu opierając jedną ręką o parapet a drugą z pistoletem kierując do wewnątrz. Dwaj mężczyźni siedzący przy stole niedaleko okna leżeli zakrwawieni. Z zaczajonych przy drzwiach tylko jeden upadł, pozostali trzej wpatrywali się w niego oszołomionym wzrokiem. Strzelił do jednego trafiając go w ramię i w tym momencie wyleciały drzwi a do izby wpadł Nowosielski. Znów mógł podziwiać taneczną a zarazem śmiertelną skuteczność jego ruchów. Tamten, jakby od niechcenia, dźgnął jednego z mężczyzn ostrzem szabli w szyję i od razu ruszył na drugiego, jednocześnie wyciągając broń z rany. Drugi nie dał się zaskoczyć. Korzystając z tego, że oficer nie mógł się zasłonić, ciął po skosie z góry na dół celując w głowę. Piotr nie próbował odskoczyć ani blokować ciosu. Zrobił mały krok w bok, równocześnie wykonując pół obrotu i szabla przeciwnika minęła go o szerokość dłoni. Nie wiadomo skąd pojawiła się jego broń zostawiając krwawy ślad na szyi mężczyzny.
Robert wepchnął broń za pas i wgramolił się przez okno do pokoju. Minął druha czujnie rozglądającego się po pokoju i wyszedł przez dziurę po drzwiach na korytarz. Na schodach rozległ się tupot i zza rogu pokazała się przestraszona twarz karczmarza.
-Proch nam wybuchł w jukach! - krzyknął, wymachując teatralnie rękami. – Biegnijcie po cyrulika! Niech kobiety zagotują wodę i szykują bandaże!
Kiedy gospodarz zawrócił i pobiegł na dół, wszedł spokojnie do pokoju i spojrzał na Nowosielskiego. - Bądźcie łaskawi wyrzucić nasze rzeczy przez okno - powiedział. Z niejakim zadowoleniem zauważył konsternację na jego twarzy. Podszedł do ostatniego trzymającego się na nogach mężczyzny, tego którego wcześniej postrzelił w rękę. Złapał go za czub na podgolonym łbie i wykręcił mu głowę. - Rozejrzyj się! - powiedział. Tamten zajęczał patrząc na niego przerażonym wzrokiem. - Zaraz wybierzemy się w odwiedziny do reszty waszych kompanów! Pozdrówcie ich od nas! - zaciągnął rannego na korytarz i kopniakiem posłał w dół schodów. Kiedy wrócił do pokoju ich rzeczy już nie było, a Piotr stał koło okna.
-Wy pierwsi – wskazał mu z ukłonem drogę. Tamten tylko mrugnął i już po chwili był na dole. Starszy szlachcic tylko westchną z zazdrością i przelazł przez okno po czym zawisł na rękach i zeskoczył z jęknięciem na ziemię. Zabrali swoje rzeczy do stajni. Konie były już osiodłane, więc po chwili wyruszyli. Robert prowadził w kierunku południowego traktu.


Odcinek 9.


-Dokąd jedziemy? - Nowosielski zrównał się z nim, kiedy tylko minęli opłotki. - Nie powinniśmy zapolować na resztę, zamiast uciekać?
Robert jechał, rozglądając się uważnie na boki. - Nie chcę wdawać się w spory z pachołkami ze straży miejskiej – odparł. – Co chcielibyście im powiedzieć?
-Jak to ? - zawołał zdziwiony Piotr. – Bandyci napadli nas w naszej własnej kwaterze!
-I kiedy będziemy tłumaczyć najpierw strażnikom a potem burmistrzowi, że racja jest po naszej stronie, tamci znikną z miasta – podsumował szlachcic.
-Trzymajmy się lepiej naszego planu. – Wskazał dużą kępę drzew czy raczej mały zagajnik niedaleko od drogi. - Poszukajmy miejsca na postój.
Wjechali między drzewa. Była tam mała polanka ze śladami ognisk, ale Robert pokręcił głową i poprowadził ich konie głębiej między drzewa. -A co, jeśli płatnik też zapragnie rozbić tu obóz? - odpowiedział na niezadane pytanie towarzysza.
-Przecież chcemy go spotkać. – Oficer uśmiechnął się drapieżnie. Cała ta awantura starła z niego maskę opanowania.
-Niekoniecznie, jeżeli będzie podróżował w licznej kompanii. – Zatrzymali się i przywiązali konie do drzew na tyle luźno, by mogły skubać rosnące w pobliżu rośliny. Na wszelki wypadek uzupełnili uzbrojenie, po czym poszukali miejsca skąd widać było drogę. Nowosielski oparł się o pień i przyglądał Robertowi nabijającemu pistolety. Tym razem wybrał dwa największe ze swojego arsenału. - Dlaczego nie używacie muszkietu?- zapytał. – Jest celniejszy.
-Ale nie da się nim strzelać z ręki ani z konia – odparł szlachcic. - A te „maeństwa - wskazał pistolety z długimi lufami – są dosyć dokładne. Zapadła cisza. Było już całkiem ciemno, na szczęście noc była bezchmurna i księżyc oświetlał drogę, którą przyjechali. Po dłuższej chwili oficer odezwał się – Tego rannego puściliście, żeby wypłoszyć nasz ptaszki?
Kiwnął głową, nie przestając obserwować szlaku. - Napad ma sens dopóki nie znamy mocodawcy - rozsiadł się wygodnie, opierając plecami o drzewo. – Bolesny prztyczek w nos księcia Andrzeja. A winnego nie ma.
-Co w takim razie z klamrą, którą znaleźliście?- Piotr też usiadł wygodnie. – Nie jest dowodem na udział wojewody podleskiego w tej awanturze?
-Klamra z herbem szlachcica służącego wojewodzie? - pokręcił głową. - Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem pewien, że to nie jego ścigamy. Takie klamry nosi się jedynie przy eleganckim, dworskim obuwiu. Janusz Bogucki, podręczny wojewody na pewno cały czas jest na pańskim dworze i potwierdzą to setki świadków.
-Czyli nie wiemy nic – skomentował Nowosielski.
-Są trzy możliwości – kontynuował spokojnie Robert. - Albo wprowadziłem was w błąd, albo klamra miała uświadomić kto, jak mówią bakałarze robi wam koło pióra, albo po prostu zrzucić winę na najbardziej znanego wroga.
Oficer przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu. - A więc dalej robimy swoje – skomentował. Robert pokiwał głową. Dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu rozmyślając o ostatnich wydarzeniach. Najgorsze w całej tej awanturze było to, że nadal nie wiedzieli czy ścigają właściwą osobę.


odcinek 10.
A może to wszystko pomyłka? Robert siedział z przymkniętymi powiekami nasłuchując.
-Bez przerwy kręcimy się w kółko, jak w zaczarowanym kręgu – wyrwało mu się nagle. Sam nie wiedział, dlaczego powiedział to na głos. Piotr uznał to widocznie za zaproszenie do rozmowy, bo po chwili skomentował:
-To byłyby czary jak z bajań dla dzieci. Słyszałem, że czarownik królewski potrafi czynić prawdziwe, namacalne czary. Choć sam nigdy nic takiego nie widziałem - dodał po chwili.
-Ja też to słyszałem, ale tylko królów i cesarzy stać na utrzymywanie prawdziwych czarowników - skomentował szlachcic.
-Myślicie, że to jakieś sztuczki, jak mieszanki alchemików? - dopytywał się oficer.
-Podobno prawdziwy czarownik rodzi się jeden na milijon.
-To w królestwie powinno ich być trzech, czterech – policzył. – A mówi się tylko o jednym, królewskim czarowniku. Choć nie ma się co dziwić – dodał po chwili . – Wszyscy ich nienawidzą. Kapłani bo robią im konkurencję, uczeni, bo ośmieszają ich starania. Nawet chłopi oskarżają ich o sprowadzanie wszystkich możliwych nieszczęść.
-Ciekawe czy magia naprawdę istnieje – zastanawiał się na głos Nowosielski. Po chwili ciszy Robert odezwał się:
-Kilka lat temu nocowałem w karczmie w dużej, bogatej wsi. Między miejscowymi bywalcami a jednym z przejezdnych łapserdaków wybuchła awantura. Stawiał piwo, chciał się zaprzyjaźniać, wymienić nowinami a miejscowi piwo wypili, po czym pobili go i okradli. Żeby uniknąć kłopotów oskarżyli go o czary, bo podobno miał dziwne tatuaże. Pobitego zamknęli w komórce, żeby spalić na stosie następnego dnia. Taka darmowa rozrywka dla całej wsi. W nocy udało mu się wydostać i uciec - umilkł zamyślony.
-To miał szczęście – skomentował Piotr.
Szlachcic pokiwał głową – Wieś nazywała się Grodzieniec – dodał. Zapadła cisza.
-Podobno na Grodzieniec spadła gwiazda – powiedział powoli Nowosielski. - Wieś zniknęła a wszystkie plony i sady dookoła spłonęły.
Robert wpatrywał się w ciemność z nieruchomą twarzą – Taak. Miałem szczęście, że wyjechałem dzień wcześniej – dodał. Gdzieś w pobliżu hałasował świerszcz. Księżyc był już wysoko i widoczność poprawiła się. Przez nocną ciszę przebił się jakiś dźwięk. Narastał coraz bardziej, aż zagłuszył wszystkie inne. Tętent kopyt. Więcej niż jednego konia. W pełnej napięcia ciszy wpatrywali się w widoczną poprzez gałęzie drogę. Pojawił się na niej oddział, mimo ciemności pędzący galopem i zaraz zniknął. Nie sposób było nikogo rozpoznać, ale ostatni jeździec, z ręką na temblaku, wyraźnie chwiał się w siodle.
-Jedziemy? - rzucił Nowosielski i nie czekając na odpowiedź, ruszył do koni. Robert w milczeniu podążył za nim. Wyprowadzili konie na drogę. Kiedy ich dosiadali, szlachcic mruknął – Tylko spokojnie. Uciec nam nie uciekną a koni szkoda.
Ruszyli. Niebo było czyste i księżyc wystarczająco oświetlał trakt, aby można było podróżować bezpiecznie. Przez kilka godzin jechali przed siebie w milczeniu. Podróż bez palących promieni słońca była nawet przyjemna. Kiedy znajdujący się coraz niżej księżyc zamienił drogę w czarny tunel, usłyszeli przed sobą głosy i zobaczyli blask ognia.


odcinek 11.


Zatrzymali się, po czym zeszli ze szlaku i przywiązali konie do pobliskich drzew. Ruszyli powoli przed siebie pieszo, posuwając się wzdłuż krawędzi lasu. Delikatny blask ognia przenikał przez drzewa aż do samej drogi. Wyglądało na to, że ktoś rozbił obozowisko na położonej tuż przy trakcie polanie. Poruszali się ostrożnie rozglądając i nasłuchując. Nie patrzyli prosto w kierunku ognia, aby nie oślepić swoich przyzwyczajonych do ciemności oczu. Kiedy podeszli na jakieś pięćdziesiąt kroków, Nowosielski położył mu rękę na ramieniu. Szlachcic stanął i kiwną głową zachęcająco a wtedy jego druh pochylił się i ruszył przed siebie. Poruszał się bardzo cicho i już po chwili słychać było tylko nocne odgłosy lasu. Piotr stał nieruchomo nasłuchując i starając się uchwycić jakiś ruch bardziej kątem oka, niż patrząc na wprost. Przy ogniu na chwilę wybuchła jakaś sprzeczka, którą uciszył spokojny, ale donośny głos. Zrobiło się cicho. Naraz usłyszał szelest i wyłowił z ciemności jakich ruch. Po chwili uśmiechnięty Piotr, odpychając ręką lufę pistoletu szlachcica, stał obok. Z jego relacji wynikało, że ranny musiał spaść z konia, bo leżał nieprzytomny z opatrzonym łbem. Pozostali również leżeli przy ognisku. Co najdziwniejsze nie wystawili żadnych wart.
-Nie spodziewają się kłopotów tak szybko – pokiwał głową zamyślony Robert. - Gdybyśmy zaczęli szukać ich w karczmie bylibyśmy jaszcze wiele mil stąd.
-To co robimy z naszym ptaszkiem? - Nowosielski aż palił się do działania.
-Spodoba wam się mój pomysł. – Szlachcic uśmiechnął się pod nosem. – Wejdziemy tam z pistoletami w rękach i grzecznie ich poprosimy, żeby poszedł z nami.
Nie trzeba był dodawać nic więcej. Wiadomo było, że jeżeli tamci nie posłuchają to mają cztery kule przeciwko sześciu przeciwnikom, z tego jeden ranny. - Właściwie pięć kul – pomyślał szykując swój dwustrzałowy pistolet. Zaczęli powoli podkradać się w kierunku ognia. Po raz kolejny Robert zastanowił się nad tym jak wszechstronny, mimo młodego wieku, jest jego towarzysz. Poruszał się w lesie prawie bezszelestnie krokiem wytrawnego myśliwego skradającego się do zwierzyny. Po dłuższej chwili zobaczyli swoich przeciwników. Leżeli rozłożeni wokół ognia, poprzykrywani derkami. Część już spała. Przyjrzał się uważnie. Nie brakowało nikogo. Nie było na co czekać. Kiwnął głową towarzyszowi i razem wyszli z lasu.
-Witam waćpanów! - Lufy pistoletów sprawiły, że żaden z leżących nie wstał. Wszyscy wpatrywali się w nich z ziemi wytrzeszczonymi oczami.
-Nie chcę przerywać zasłużonego wypoczynku – kontynuował szlachcic starając się mieć wszystkich naraz na oku – dlatego zaraz sobie pójdziemy. Ale, ale! - Udał, że dopiero teraz zauważył przywódcę oddziału – Waćpan tutaj? Zapraszam do towarzystwa, na pogwarki – Skinął lufą. Wskazany podniósł się nieśpiesznie z płaszczem w ręku.
-Wdzięcznym za zaproszenie! – odezwał się silnym, pewnym siebie głosem – Ale odmówić muszę.
-Nalegam! - skierował lufę w jego stronę. Tamten uśmiechnął się tylko i rzucił płaszcz w powietrze. Robert był przygotowany na broń w jego ręku a mimo to dał się zaskoczyć. Spod wszystkich derek i płaszczy leżących wychynęły lufy kierując się na nich. Nawet ranny podniósł rękę, w której ściskał broń, choć drżała mu wyraźnie. Na chwilę zapadła cisza. Trwała przez moment, po czym szlachcic nieznacznie skinął głową.
-W takim razie pożegnamy waćpanów – powiedział, cały czas celując w dowódcę oddziału. - Nie chcemy się narzucać, wszak wypocząć trzeba.
-Ależ zostańcie! Nalegam! - Tamten uśmiechnął się kpiąco.
-Dlaczegóż to waść nalegasz? - Robert zrobił krok do tyłu i poczuł ucisk na plecach.
-Ano, nie zdążyłem wam przedstawić naszego nowego druha, któregośmy po drodze spotkali.
-Stójcie spokojnie panie – rozległ się za nim chrapliwy głos. - To trochę jeszcze pożyjecie. Może nawet kilka godzin.


odcinek 12.


Zapadła cisza. Wszyscy zamarli z wycelowaną bronią. Żaden fortel nie przychodził mu do głowy. Trzeba było coś zrobić. Spojrzał na Piotra chcąc przekazać mu wzrokiem, żeby uciekał i spiął się, aby odwrócić od niego uwagę, gdy tamten niespodziewanie opuścił broń.
-Macie nas – stwierdził. Tak go to zaskoczyło, że bez oporu pozwolił się rozbroić. Szybko ich obalono na ziemię i skrępowano, nie szczędząc kuksańców. Robert leżał czekając kiedy przejdzie mu szum w głowie po szczególnie złośliwym kopniaku. Był cały obolały, ale wyglądało na to, że jak na razie nic mu nie złamali. Obok widział zakrwawioną twarz Nowosielskiego. Nie tylko ich rozbrojono, ale i ściągnięto buty. Z żalem pomyślał o nożu ukrytym za cholewką. Tamci zaczęli debatować co z nimi zrobić.
-Mam do nich kilka pytań - stwierdził dowódca.
Robert poczuł, że oblał go pot, mimo chłodnej nocy. Nie wróżyło im to szybkiej i lekkiej śmierci.
-Najlepiej przypiec im pięty w ogniu – stwierdził z miną znawcy obwieś o twarzy zeszpeconej blizną. - Nie spotkałem nikogo kto wytrzymałby dłużej niż pół godziny.
-Będzie śmierdziało spalenizną. - Skrzywił się drab z długimi włosami związanymi w kucyk.
-Lepiej zacznijmy z nich zdzierać skórę po trochu. Wszystko wyśpiewają.
-Zaczniemy od przypiekania – zdecydował ich przywódca. - A potem dla pewności obedrzemy ich ze skóry. - Ziewnął.
-Ale jutro z rana. Znajdziecie i przyprowadzicie ich konie a potem weźmiemy się za przepytywanie. Muszę wiedzieć jak nas znaleźli.
Zapadła cisza. Wszyscy ułożyli się wygodnie, żeby złapać kilka godzin snu przed wschodem słońca. Ranny stracił przytomność, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Robert czuł, że stopniowo traci czucie w rękach. W dodatku związane nogi i ręce połączono sznurem tak, że leżał wygięty do tyłu, co samo w sobie było torturą. Nie było żadnej szansy żeby się uwolnić, związali go fachowcy. Strażnik, którego wyznaczyli, był tego samego zdania, bo zawinął się w derkę i podrzemywał otwierając oczy tylko od czasu do czasu. Zerknął na Nowosielskiego. Leżał zakrwawiony z zamkniętymi oczami, tak jak on wygięty do tyłu i tylko od czasu do czasu jego ciało przechodził ledwie zauważalny skurcz powodując, że wyginał się jeszcze bardziej.
Sięgnął drętwiejącymi palcami z tyłu do pasa, którego na szczęście mu nie zabrali. Zaczął skubać zszywające go nitki. Szło mu opornie. Mimo, że z taniej skóry, zszyty był nadspodziewanie mocno. Sam o to zadbał, trzymał tam bowiem kilka srebrnych monet na czarną godzinę. Ale nie one były mu teraz potrzebne, ale zwykły miedziak, który odebrał kiedyś jakiemuś niezbyt zręcznemu złodziejowi, chcącemu mu opróżnić sakiewkę, łamiąc mu przy okazji rękę. Schował go na wszelki wypadek wiedząc, że i na niego mogą przyjść ciężkie czasy. Miedziak miał zaostrzoną krawędź, którą można było przecinać mieszki i torby. Oraz sznury. Skubał pas i skubał, czując jak coraz bardziej bolą go palce, ale nici trzymały. Przeklinał swoją ostrożność, która kazała mu zrobić takie mocne szwy. Czas mijał. Miał wrażenie że ponadrywał sobie paznokcie, piekły go jak wsadzone w ogień, ale się nie poddawał. Drugiej szansy nie będzie. W końcu udało mu się oddzielić dwa pasy skóry. Wypadła moneta, ale od razu wiedział, że to zwykła srebrna. Przerwał na chwilę dając odpocząć palcom. Dłonie mu napuchły i bał się, że nic w nich nie utrzyma. Strażnik zachrapał i drgnął, rozbudzony własnym chrapaniem. Robert zamarł, kiedy tamten rozglądał się dookoła, po czym ułożył znowu wygodnie. Po dłuższej chwili jego oczy znów się zamknęły. Teraz szło łatwiej, ale dopiero trzecia moneta była tą właściwą. Złapał ja ostrożnie, ze wszystkich sił starając się jej nie wypuścić i zaczął piłować więzy. Musiał się skaleczyć, bo poczuł jak po ręku spływa mu krew, ale nie zwracał na to uwagi. Kiedy uwolnił dłonie zamarł. Leżał zbierając siły, nie zmieniając pozycji. Pozwolił sobie jedynie odrobinę wyprostować nogi. Bolesne skurcze, które ogarnęły je zaraz po skrępowaniu, ustąpiły miejsca całkowitemu braku czucia. Bał się, że nie da rady na nich ustać a co dopiero biec. Spojrzał na druha. Wiedział, że pobito go bardziej. Nowosielski nadal leżał z zamkniętymi oczami, bez ruchu.
Nie było na co czekać. Niebo na wschodzie zaczęło się rozjaśniać. Ból powracającego w dłoniach krążenia ponaglił go do działania. Ruszając się jak najciszej przeciął pęta na nogach. Leżał przez chwilę czując jak krew zaczyna w nich krążyć i rozglądając się spod przymkniętych powiek. W tym momencie obudził się strażnik. Robert przeklął w duchu wszystkich bogów o jakich słyszał, kiedy tamten podniósł się ziewając i przeciągając. Zbliżył się trąc zaspane oczy. Niewiele myśląc szlachcic otworzył oczy i pokazał mu język. Ten stanął na chwile zaskoczony a potem podszedł krok bliżej i wziął zamach, żeby go solidnie kopnąć. Nie zdążył, bo skrępowany dotąd przeciwnik wychylił się błyskawicznie do przodu, złapał go za jądra i szarpnął. Ucisk musiał być mocny, bo ni to jęk ni to kwiknięcie uwięzło mu w gardle, kiedy zgiął się wpół i zamykając oczy padł nieprzytomny na ziemię. Jeniec wyciągnął mu zza pasa pistolet i odciągnął kurek. Obudzony odgłosem padającego ciała podniósł się bliznowata twarz. Otworzył oczy by zobaczyć wymierzoną w siebie lufę. Rozdziawił usta, ale nie zdążył nic powiedzieć. Kula weszła między zębami rozwalając mu cały tył głowy. Robert jednym ruchem wyciągnął zza pasa strażnika szablę i ciął w nogę najbliższego przeciwnika, który zrywał się obudzony hukiem wystrzału. Ten upadł na bok. Szlachcic zerwał się chcąc dobiec do Piotra i rozciąć mu więzy, ale zderzył się z mężczyzną z włosami związanymi w kucyk. Byli za blisko, żeby użyć szabel. Tamten sięgnął wolną ręką do boku po nóż i wrzasnął, kiedy moneta którą Robert miał w lewym ręku rozcięła mu policzek od oka do żuchwy. Odskoczył łapiąc się za twarz. Teraz już wszyscy zerwali się na nogi i wyciągnęli broń. Machnął szablą chcąc utrzymać ich na dystans, ale wiedział, że nie da im rady. Nagle nieruchomy dotąd Nowosielski zerwał się i ze związanymi wciąż nogami, ale wolnymi rękami, podskoczył do najbliższego, stojącego tyłem, przeciwnika i złapał go za głowę. Nawet w hałasie bitwy słychać było trzask łamanego karku. Żołnierz złapał broń trupa i unikając cięcia wyprowadzonego przez dowódcę bandy zrobił przewrót do tyłu. Kiedy wstał, miał już wolne nogi. Robert w tym czasie starł się z przeciwnikiem wyglądającym na zawodowca. Szable odbiły się od siebie raz i drugi. Żaden nie mógł zyskać przewagi. Kątem oka zobaczył jak ranny w twarz i dowódca próbują osaczyć Piotra. Z kolei cięty w nogę ścisnął ją pasem by zatamować krwawienie i wyciągnął pistolet. Robert desperacko zaatakował przeciwnika, ale tamten nie był gorszym szermierzem od niego i odskoczył odbijając ciosy. Jednocześnie zerknął na rannego czekając na pomoc. Jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia i zaskoczony źle postawił nogę. To wystarczyło. Szlachcic ciął go przełamując obronę i wbijając ostrze w szyję. Tamten wciąż ze zdziwieniem w oczach upadł z na wpół odrąbaną głową. Gotowy na wszystko Robert odwrócił się i zamarł. Nie wiedział co się wydarzyło, ale porucznik po raz kolejny go zaskoczył. Krwawa twarz leżał z rozrąbaną drugą połową szczęki. Ranny w nogę krzyczał coraz słabiej z niedowierzaniem patrząc na kikut ręki i odrąbaną dłoń leżącą obok, nadal ściskającą samopał. Dowódca opryszków stał tyłem do nich. Obie ręce miał złożone na brzuchu, mimo to widać było lejącą się strumieniem na ziemię krew. Nagle upadł. Kiedy Robert podszedł do niego już, nie żył.
Spojrzał na Nowosielskiego, który spokojnie, ale wciąż z obłędem w oczach, wycierał krew z szabli.
-Mogliście bardziej uważać! - stwierdził surowo. – Był nam potrzebny żywy!
Ten przestał trzeć ostrze, spojrzał na niego i wybuchnął śmiechem. Był to nieprzyjemny, histeryczny śmiech, który zakończył się jękiem. Piotr przetarł twarz rękawem, jak dopiero obudzony spojrzał dookoła, po czym usiadł upuszczając broń.
Szlachcic rozejrzał się i podszedł do rannego, któremu zmiażdżył jądra. Był wciąż nieprzytomny. Oddychał nierówno i coraz słabiej, nagle przestał. Wyglądało to na jakąś zapaść. Zdziwiony pokręcił głową i zaklął. Wyprostował się.
-Istne jatki - rzekł. - W rzeźni powinniśmy pracować, a nie śledztwo prowadzić!
Nowosielski pokiwał głową trzymając się za żebra. Wyglądał już całkiem normalnie, pomijając złamany nos i zakrwawioną twarz.
-Zawaliliśmy sprawę! Może choć ranny będzie coś wiedział?- stwierdził chrapliwym głosem, bez specjalnego przekonania wskazując na nieprzytomnego bandytę.
-Teraz nie ma już pośpiechu. - Robert wyprostował się podnosząc swoją broń. - Pójdę po nasze konie a potem nastawię wam nos i zabandażujemy żebra.
-To ja opatrzę wasze plecy – odparł Piotr krzywiąc się przy każdym oddechu. Zaskoczony szlachcic poruszył łopatkami i poczuł gwałtowne uderzenie bólu. Nawet nie widział kiedy go zranili.


odcinek 13.


Godzinę później skończyli się opatrywać i zabrali za pozostałe obowiązki. Po dokładnym przeszukaniu kieszeni i ubrań zabitych, zaciągnęli ciała do pobliskiego wykrotu, po czym przykryli gałęziami i zasypali ziemią i liśćmi. Na nic więcej nie mieli siły. Żeby uspokoić sumienie wbili w pagórek sześć patyków, na każdym wieszając jakiś drobiazg należący do zabitych.
Przez chwilę debatowali nad jedynym dokumentem, który znaleźli. Lista dwudziestu nazwisk a przy każdym suma od 10 do 20 dukatów. Niestety płacący nie był w żaden sposób oznaczony. Kiedy porucznik chował ją starannie za pazuchą, Robert podliczył i podzielił zawartość sakiewek.
-Po dwadzieścia jeden złotych dukatów na głowę nie licząc srebrnych i miedziaków - podsumował. Oficer spojrzał na niego, ale nie skomentował. Wziął swoją sakiewkę i nie zaglądając do niej schował w jukach. Robert wręczył mu plik kartek.
-Dwadzieścia imiennych akredytyw płatnych w każdym oddziale Banku Królewskiego. Każda na sto dukatów. – Ucieszyło go zaskoczenie na twarzy towarzysza.
-Mnie to na nic, ale może wasi bankierzy coś z tego wyciągną. Nie od dziś wiadomo, że tajemnica bankowa też ma swoją cenę.
-Macie rację. – Nowosielski schował papiery. – Co z nim zrobimy? - wskazał rannego.
-Położymy go w kolebce, między dwa konie i wyruszymy szukać waszych ludzi. Chyba, że macie inny pomysł – stwierdził.
Porucznik spojrzał na nieprzytomnego bandytę.
-Ruszajmy! Ale zdziwię się jak przeżyje dwa dni.
Bandyta przeżył cztery dni. Mimo opieki i lekarstw, które kupili w miasteczku po drodze, piątego dnia musieli go pochować. Dzień później napotkali kupców, którzy widzieli oddział pułkownika Konieckiego. Po dwóch kolejnych porucznik zameldował się u dowódcy. Kiedy zdawał relację z ich poczynań, Robert przyglądał się żołnierzom. Nie wyglądali na szczególnie zmęczonych. Na ile mógł się zorientować żadnego też nie brakowało. Tylko u jednego zauważył rękę na temblaku. Jego obserwacje potwierdził pułkownik, który po rozmowie z Nowosielskim podszedł do niego.
-A więc bandytom się nie upiekło! - Wyraźnie był znacznie bardziej przyjaźnie nastawiony do niego niż za pierwszym razem. - Moim ludziom udało się dopaść tylko czterech z nich i... – zawiesił głos na chwilę – mieliście rację, żadnego nie udało się wziąć żywcem.
-A co z towarem? - spytał zaciekawiony Robert.
-Ech! - machnął ręką. – W tym nam się nie poszczęściło! Kilka mil dalej była następna rzeka. Czekała na nich barka, na którą załadowali towar i banda się rozpadła. Udało nam się dopaść tych czterech, bo chyba zgubili drogę.
-Posłaliście ludzi w dół rzeki. - bardziej stwierdził niż zapytał szlachcic.
-Oczywiście, ale rzeka wpadała do Polanki poniżej Nowogrodu. A tam co miasteczko to składy towarów.
-To co teraz, dajecie za wygraną? - przepytywał dalej.
-Nie! - Koniecki uśmiechnął się drapieżnie. – Ale teraz to już inni się tym zajmą – zaakcentował słowo „inni”, jak by chciał dać mu coś do zrozumienia. I nie miał na pewno na myśli bankierów z Podgórza.
Szlachcic pokiwał głową zamyślony. Od dawna szeptano, że książę ma na swoich usługach szpiegów w każdym urzędzie królewskim. A kiedy trzeba działać wkraczają specjalni ludzie, „cisi”. Nikt ich nigdy nie widział, ale czasami tajemnicze zniknięcia ludzi, którzy zadarli z podgórzanami albo tajnych przesyłek podsycało plotki.
-Dlatego chciałem wam podziękować! - Pułkownik wyciągnął do niego rękę. - Gdyby nie wy, pozostałych trudno było by wyłapać.
-Mieliśmy szczęście – uścisnął mu dłoń.
-Cieszy mnie wasze zaufanie – dodał. – Zdaję sobie sprawę, że to niezwykłe by dwie osoby pobiły siedemnaście! - Zaciekawiony spojrzał Konieckiemu w oczy. Ten wzruszył ramionami.
-Porucznik nie należy do ludzi, którzy koloryzują – stwierdził, dziwnie akcentując słowo „porucznik”.
-I jest niezwykle utalentowany – odparł Robert udając, że nie zauważył, iż jego nie obdarzono takim zaufaniem, a chcąc pociągnąć go za język. Ten jednak zmienił temat rozmowy.
-Mówiliście, że nie macie żadnych planów.
-Ano nie mam.
-Chyba nie narzekacie na współpracę z nami? Miałbym dla was propozycję. O wiele bezpieczniejszą niż wasze ostatnie przygody.
-Chętnie posłucham - Zdziwiony spojrzał na niego.
-Jedźcie z porucznikiem do nas, do Podgórza. Opowiecie co widzieliście. Relacja postronnego świadka, w dodatku doświadczonego żołnierza i szlachcica, jest dla nas wiele warta.
Robert zastanawiał się moment. Przed chwilą mu nie ufali a teraz jest ważnym świadkiem? Nieważne! Lepiej zarabiać gadaniem, niż nadstawiając karku.
-Zgoda! - Wyciągnął do pułkownika dłoń, którą tamten uścisnął wyraźnie zadowolony.
Godzinę później byli gotowi do drogi. Trochę go dziwił ten pośpiech, ale nie wydziwiał. Kto płaci ten wymaga.


odcinek 14.


Przez pierwsze dwa dni wędrowali razem z oddziałem. Znów podziwiał dyscyplinę oraz zgranie żołnierzy. Koniecki prawie nie wydawał rozkazów, wszystko toczyło się ustalonym trybem. W napotkanym przygranicznym miasteczku Robert wstąpił do oddziału Banku Królewskiego i wpłacił większość posiadanego złota. Strzeżonego bogowie strzegą.
Trzeciego dnia pożegnali się z oddziałem. Dowódca odbył
z Nowosielskim krótką rozmowę, po czym wręczył mu jakieś pismo, które ten skrzętnie schował. Żołnierze pomachali do nich i skręcili w kierunku swojej przygranicznej stanicy. We dwóch ruszyli prosto, chcąc dotrzeć do szlaku handlowego łączącego Królestwo ze stolicą Podgórza. Szlachcic zachodził w głowę dlaczego zaproszono go do stolicy. Jeżeli chcieli jego zeznanie wystarczyło spisać je u najbliższego urzędnika królewskiego, który poświadczyłby prawdziwość dokumentu. Do stolicy sąsiedniego księstwa podróżowali tylko licencjonowani kupcy i dyplomaci. Nikt nie jeździł tam bez wyraźnego powodu. Nie zabraniano nikomu wstępu do Podgórza, ale fakt, że większość jego mieszkańców wywodziła się z uciekinierów z królestwa lub z wziętych do niewoli, których wykupiły albo odbiły wojska księcia, zniechęcał do podróży. Szczególnie szlachta narzekała, że nie respektuje się tam jej praw, unikając przekraczania granicy. Głośnym echem odbiło się kilka przypadków, gdy na handlowym trakcie poczet szlachecki pogardliwie rozpychający chłopów i kupców został dotkliwie pobity przez rozgniewanych kmiotków uzbrojonych w kłonice i orczyki. A przybyły oddział wojska rozdzielił tylko walczących nakazując podróżować dalej. Z tego samego powodu pogardzano szlachtą z księstwa, uważając ich za nieco tylko lepszych od wolnych kmieci. Zwykle jednak obmawiano ich po cichu i za plecami, szlachta ta była bowiem wyjątkowo bitna i sprawna w żołnierskim rzemiośle,
o czym od czasu do czasu przekonywał się jakiś „acan” o zbyt rozpuszczonym języku.
Kiedy wieczorem rozpalili ognisko Robert wyciągnął butelkę wina zakupioną na ostatnim postoju w miasteczku.
-W wasze ręce panie Piotrze – otworzył ją i podał druhowi.
-Dziękuję – Nowosielski nalał do menażki solidną porcję i oddał butelkę. - To nasz ostatni samotny nocleg – zagaił.
-A dlaczegóż? - Szlachcic nalał wina do własnej menażki. – Do Podgórza jeszcze kilka dni drogi.
 Tak, ale jutro dotrzemy do traktu handlowego. - Oficer pociągnął solidnego łyka. – Zobaczycie jaki ruch na nim panuje.
-Podróżowałem już traktem w królestwie – zdziwił się –
i owszem kupcy są ale, żeby tłumnie, to nie widziałem.
Piotr uśmiechnął się popijając wino. Pierwszy raz odkąd się znali, Robert widział go tak rozluźnionego.
-Bo na granicy trakt rozdziela się na trzy biegnące w różnych kierunkach. Większość podróżnych podąża do składów na rozstajach, które ominęliśmy, i tam łączy się w karawany lub sprzedaje towar kupcom i wraca do domu. Cena jest trochę lepsza niż w stolicy, więc niektórzy podejmują trud wędrówki.
-A dlaczego nie jadą do najbliższego miasteczka a tylko do granicy?- Szlachcic pociągnął z menażki.
-W granicznych regionach Królestwa nie jest bezpiecznie, trzeba łączyć się w karawany i najmować ochronę. Zresztą nasi ludzie nie przepadają za podróżami do Królestwa, tak samo jak wasi nie odwiedzają nas zbyt często.
Szlachcic wiedział o tym wcześniej, więc zapytał o coś innego.
-A po waszej stronie granicy ludzie nie boją się podróżować bez ochrony?
-U nas prawie nie zdarzają się napaści. - Uśmiechnął się. - Kupcy powtarzają, że zbój chcący łupić w Podgórzu najlepiej zrobi jak sam się powiesi, żeby oszczędzić sobie kłopotów.
Robert pokręcił głową, ale przypomniał sobie z jaką zawziętością żołnierze z Podgórza ścigali bandytów. Wyglądało na to, że kariera zbója na terenie księstwa nie gwarantowała niczego więcej poza lochami lub sznurem na gałęzi.
Zapadła cisza, którą przerwał oficer. – Wybaczcie wścibstwo - Robert kiwnął zachęcająco głową, więc kontynuował – ale jak to możliwe, że taki znakomity wojownik włóczy się po gościńcach? Każdy z magnatów były zachwycony mając tak doświadczonego żołnierza na swojej służbie.
-Przesadzacie, ale też macie trochę racji. Służyłem kilku możnym. Niestety nigdy zbyt długo. I nie dziwcie się. Nie lubię owijać w wełnę tego co mówię a „wielmożowie” nie za dobrze znoszą prawdę, szczególnie na swój temat.
-Ale chyba wam się niezbyt powodzi – drążył Piotr – a przecież nie jesteście rozrzutni.
-Widziałem, że raziła was moja interesowność. Nie zaprzeczajcie! – Szlachcic pociągnął łyk z menażki. - Oprócz szlachectwa niewiele dostałem po przodkach. Ale starość mam już zabezpieczoną, kilka lat temu kupiłem małą posiadłość, a ponieważ nie mam rodziny, gospodarzy tam teraz mój brat. A włóczę się po gościńcach ze względu na bratanka. Dostał się do Królewskiej Akademii Wojskowej. Niestety czesne i koszty pobytu młodzieńca w stolicy przekraczają dochód z majątku i aby go nie stracić muszę zarabiać.
-A wasz brat nie pomaga? - dopytywał zaciekawiony oficer.- Wybaczcie zawstydził się swoim wścibstwem, ale Robert wszedł mu w słowo.
-Mój brat to wspaniały człowiek, ale słabo macha szablą. Za to doskonale wychodzi mu sianie i zbieranie. Więc każdy z nas robi to, na czym zna się najlepiej.
-Uczono mnie kiedyś podstaw rolnictwa i kupiectwa – powiedział zamyślony Nowosielski.
-Do tego świetnie obracacie szablą, tropicie, umiecie uwolnić się z więzów, sprawnie czytacie i liczycie. A pułkownik dał do zrozumienia, że nie jesteście zwykłym żołnierzem.
Piotr otworzył usta, ale szlachcic znów mu przerwał.
-Więc, o ile nie jesteście synem księcia, a nie słyszałem, żeby miał jakieś dzieci, to przygotowano was do niezwykłej służby. O której naturalnie nic nie wiem. Wasze zdrowie!- wzniósł toast.
Wypili. Przez chwilę Piotr wyglądał jakby chciał coś powiedzieć. Po chwili jednak skupił się na winie. Chwilę później ułożyli się do snu.
Następnego dnia po południu sprawdziły się słowa Nowosielskiego. Kiedy dotarli do traktu, od razu napotkali kilka wozów podążających w kierunku granicy. Później co chwilę mijali a to pojedyncze furmanki wyładowane płodami rolnymi, a to całe karawany ciężkich wozów podróżujące w grupach. Większość podróżnych obojętnie spoglądała na Roberta, ale za to pozdrawiała uśmiechem lub gestem dłoni młodego oficera. W pewnym momencie szlachcic zapytał – Czy dobrze się domyślam, że ci wszyscy ludzie pozdrawiają was, bo nosicie mundur?
-Owszem. – Piotr który na każde pozdrowienie odpowiadał kiwnięciem głową uśmiechnął się.
-To dosyć niezwykłe – skomentował Robert. - Włościanie raczej nie przepadają za wojskiem, które kojarzy im się głównie
z kontrybucjami, podatkami i awanturami w karczmie.
-Przecież wojsko utrzymuje porządek i broni granic – stwierdził oficer, kiedy minął ich kolejny wóz, z którego w dodatku zamachało do niego całkiem nadobne dziewczę.
-Zresztą u nas służba wojskowa jest obowiązkowa i każdy z mężczyzn walczył kiedyś w obronie kraju.
-Macie coś takiego jak Królewska piechota łanowa?- zaciekawił się.
-Niezupełnie. Mamy małą armię, więc pobór jest powszechny. Co roku w zimie odbywają się ćwiczenia w poszczególnych hrabstwach.
Szlachcic zamyślił się.
-Zawsze się zastanawiałem jakim cudem nikomu nie znany szlachcic przyprowadził trzy tysięczną armię na pole bitwy pod Białymstoczkiem. I rozstrzygnął ją na korzyść Królestwa - wyjaśnił po chwili.
-Byliście pod Białymstoczkiem!? - Piotr aż zatrzymał konia. - Musicie mi wszystko opowiedzieć!
-Dobrze, ale później. Zresztą miałem wtedy mniej lat niż wy teraz i niewiele rozumiałem z tego co się dzieje.
Znów minęło ich kilka wozów. Patrząc teraz na woźniców i ich pasażerów pozdrawiających młodego oficera Robert zauważył, że w ich zachowaniu nie było żadnej usłużności ani wymuszonej grzeczności. Robili to ze zwykłej sympatii. Pomyślał o ludziach walczących o swoje domy z bronią w ręku, których na gościńcu próbowali przepędzać z drogi podróżujący szlachcice. Nic dziwnego, że dochodziło do awantur. Uśmiechnął się w duchu. Jaśnie Panowie przyzwyczajeni, że chłopi im czapkują, musieli być zszokowani kiedy zamiast ukłonów dostali kijem przez grzbiet. W swoim życiu często stykał się z arogancją bogaczy i potrafił docenić żart losu.


Wieczorem rozbili obóz wraz z właścicielem trzech wozów, wiozącym zboże w kierunku granicy. Przedstawił się oraz swoich dwóch synów którzy powozili zaprzęgami.
-A waść w interesach do stolicy?- zagadnął gospodarz. - Jeśli byście chcieli handlować zbożem to zapraszam do nas do Wysokiego Sioła. Ziarno mamy piękne! - zachwalał.
-Dajcie pokój Panu z Barczewa! - roześmiał się Nowosielski. - To żołnierz, jak i ja!
-Aaa, najemny, na służbę?- Niezrażony włościanin pokiwał głową. - Czasy teraz spokojne, więc jak byście chcieli dorobić pamiętajcie, że nie dostaniecie lepszego zboża jak u nas w Wysokim Siole!
Robert poczęstował go winem, żeby ukrócić gadulstwo. Gospodarz pociągnął solidny łyk, podziękował i zapytał o nowiny. Wspomnieli ogólnie o napaści na kupców a on zrewanżował im się nowinami o starciu granicznego patrolu z Trakami. Był oburzony.
-Tyle razy podpisywaliśmy z nimi pokój a oni ciągle łamią wszystkie traktaty! Chyba znowu będzie trzeba dać im nauczkę!
-U Traków każdy wódz ma własne zdanie! - uspokajał go Pan Piotr. – Zresztą nawet ci, którzy przekraczają granicę nie odważą się porwać na wsie czy miasteczka. Kradną tylko bydło i napadają samotnych podróżnych. Inaczej było jeszcze kilkanaście lat temu!
-Dobrze mówicie! - Pokiwał głową gospodarz. – Wiele wysiłku kosztował pokój z nimi.
Robert słuchał zaciekawiony. Trakowie byli luźną federacją plemion, w której przynajmniej kilku wodzów uważało się za najważniejszych. Napadali wszystkich kogo mogli ograbić, choć oficjalnie słuchali Cesarza i wezwani przez niego wyruszali na wojnę jako forpoczta wojsk. Jako zwiadowcy zajmowali się głównie grabieniem i paleniem wsi i miasteczek oraz zdobywaniem niewolników, których potem sprzedawali na targach Cesarstwa. Nie bali się nikogo, ale nie nadawali się do regularnej bitwy. Jako nomadzi uważali za głupotę budowę miast czy obronę stałych pozycji. Uderzali znienacka a napotkawszy większe siły uciekali. Byli nieustającym utrapieniem wszystkich sąsiednich państw w tym i cesarstwa, któremu niby podlegali.
-Macie pokój z Trakami? - zainteresował się szlachcic.- Jak żeście tego dokonali?
-Będzie już z dziesięć lat od ostatniej wyprawy!- Włościanin nie dał dojść Panu Piotrowi do słowa.
-Brałem w niej udział jako muszkietnik – pochwalił się. - Po rozbiciu oddziału straży granicznej i spaleniu dwóch przygranicznych wsi, plemię Munduka i kilka mniejszych uchodziło z bydłem i jasyrem na północ, w kierunku swoich terenów omijając podgórze. Książę, który dzięki zwiadowcom dowiedział się o napaści, natychmiast poderwał wojsko oraz część pospolitego ruszenia i wyruszył w pościg. Jednocześnie zwiadowcy wyruszyli skrótem przez doliny górskie i wyprzedzili Traków po czym, ponieważ wiatr był sprzyjający, wywołali pożar stepu. Ci zmuszeni byli odbić na wschód aż do najbliższej rzeczki. Dało to nam czas ich dogonić. Bitwa nad rzeczką była krótka. Kiedy tylko zagrały armaty i muszkiety Trakowie poszli w rozsypkę. Z tego co pamiętam straciliśmy chyba dziesięciu ludzi a Trakowie ponad trzy setki. Drugie tyle dostało się do niewoli.
-A co z pokojem? - dociekał Robert. Zauważył, że synowie z uwagą przysłuchują się słowom ojca, choć pewnie słyszeli tę historię wiele razy.
-A co ma być. – Wzruszył ramionami. - Książę po żniwach dowiedział się, gdzie Plemię Munduka założyło zimowe leżę i z pierwszymi śniegami wyruszył z cała armią. Otoczył obóz Traków i przy tlących się lontach armatnich zażądał kontrybucji za napaść i ogłoszenia pokoju. Niestety byłem ciężko chory i nie mogłem brać udziału w tej wyprawie – dokończył z żalem.
-Książę wkroczył z wojskiem na teren Cesarstwa? - zapytał Robert.
-Dosyć już tych pogwarek - wszedł im w słowo Nowosielski. - Czas spać, jutro trzeba nam w dalszą drogę!
Położyli się więc i życząc sobie dobrego snu przykryli derkami.
Następnego ranka pożegnali się i każdy ruszył w swoją stronę. Szlachcic jechał w milczeniu zastanawiając się nad usłyszaną historią. Po królestwie krążyły niesamowite historie o walkach Podgórzan z Trakami, ale nikt nie wiedział nic pewnego. Niektórzy wprost wieszczyli, że całe Podgórze wyginie w tych ciągłych utarczkach. Pan Piotr zerknął na niego kilka razy, aż w końcu nie wytrzymał.
-O czym tak myślicie cały ranek?- zagaił. - Nie odezwaliście się ani słowem.


odcinek 15.


-Zastanawiam się, jak udało wam się zmusić Trackich wodzów, żeby dotrzymali słowa – przyznał. - Nie są znani z uczciwości.
Oficer jechał przez chwilę w milczeniu po czym uśmiechnął się. – Nie są też zbyt pracowici. U Traków pracują tylko niewolnicy i kobiety. Dla wojownika praca jest hańbiąca. A każdy wzięty do niewoli trak musi u nas odpracować szkody jakie poczynił. Jeżeli nie ma pieniędzy na wykupienie z niewoli, musi też zapracować na swoją wolność.
-Czyli wódz, który prowadzi zagon na wasze ziemie ryzykuje, że skończy w hańbie? Sprytne! - Pokiwał głową. - Ale jeżeli wkraczacie z wojskiem na teren Cesarstwa... - zamilkł na chwilę. - Cesarz z błahszych powodów groził wojną!
-Trakowie są dla niego takim samym utrapieniem jak dla nas. Zresztą nie mnie tłumaczyć wam naszą politykę. Będziecie chcieli zapytacie w stolicy kogoś mądrzejszego, może nawet samego Księcia – podsumował oficer.
Szlachcic spojrzał na niego zaskoczony. Jego wyjazd zapowiadał się coraz ciekawiej.
Wieczorem, na postoju kiedy rozpalili swoje małe ognisko obok ognisk sporej karawany, Nowosielski powrócił do wcześniejszej rozmowy.
-Mówiliście, że walczyliście pod Białymstoczkiem – przypomniał. - Opowiedzcie o bitwie – poprosił.
Robert milczał przez moment zbierając myśli.
-Byłem wtedy młodszy od was - zaczął. - W odróżnieniu od brata, który najmował się na zarządcę cudzych gruntów, wolałem wstąpić do wojska. Nędzne to było życie. Wtedy, jak i teraz w królewskich wojskach nigdy nie wypłacano regularnie apanaży. W dodatku jako zwykły żołnierz w lekkiej jeździe nie dostawałem zbyt wiele. Nie raz przyszło głodować. I wtedy Cesarz ruszył na Królestwo. Już w zimie zaczęły się pierwsze utarczki z Trakami i lekką jazdą cesarską, ale każdy wiedział, że prawdziwa nawała przyjdzie wiosną. Żołnierze cieszyli się. Wierzyli, że będzie to największa bitwa naszych czasów a ci, którzy ją przeżyją, będą mieli szansę zdobyć niezwykłe łupy. Zwołano pospolite ruszenie i wystawiono piechotę łanową. Na wiosnę Cesarz ze swoim wojskiem wkroczył na nasz ziemie. Jak wiecie armie spotkały się pod Białymstoczkiem. I wtedy zrzedły nam miny. Cesarz miał pół miliona żołnierzy a my sto tysięcy, w tym pięćdziesiąt pospolitego ruszenia i dwadzieścia piechoty łanowej. Wszyscy pocieszali się, że o wyniku bitwy zdecyduje szarża naszej wybornej ciężkiej konnicy, w końcu większość armii cesarza to piechota i lekka jazda. I rzeczywiście po pierwszych starciach ciężka jazda dwukrotnie szarżowała, ale piechota cesarska tak zryła okopami i szańcami teren bitny, że jazda nie mogła nabrać rozpędu. Za każdym razem, gdy wydawało się, że rozbije jazdę cesarską, traciła impet i pod naporem pik piechoty i ognia muszkietów musiała się wycofywać coraz bardziej zmęczona. Byłem wtedy niedoświadczonym młodzikiem, ale wiedziałem, że źle się dzieje. Wtedy cesarz zaatakował prawe skrzydło. Jego piechota zwarła się z naszą łanową a lekka jazda próbowała uderzyć z boku. Król widząc szansę na wszczęcie zamieszania w szeregach wroga kazał uderzać ciężkiej jeździe po raz trzeci, z boku w atakujące oddziały. Przeszli przez piechotę i jazdę, jak rozgrzany nóż przez masło, całkowicie rozbijając atak, ale znaleźli się na krańcu prawego skrzydła. Wtedy najlepsza jazda cesarska uderzyła na lewe skrzydło gdzie stały głównie oddziały pospolitego ruszenia. Pod ich naporem niesforna szlachta zaczęła ustępować pola. Król nie miał już żadnych odwodów, a zmęczona ciężka jazda była na drugim krańcu pola bitwy, kiedy dostał wiadomość o nadciągających oddziałach z Podgórza. Nikt z nas nie wiedział o nich nic pewnego. Mówiono, że jakiś szlachcic zgromadził niewolników i przestępców i gdzieś na podgórzu wybudował obronny obóz. Że ciągnął zyski z handlu między Królestwem a Cesarstwem przewożąc towary mimo ciągłych napaści Traków. Opowiadano różne bajki, ale Król nie miał wyboru i poprosił Księcia o wsparcie lewego skrzydła. I wtedy pojawiła się trzytysięczna armia z piechotą, jadącą na wozach, co już samo w sobie było niezwykłe, i z własną artylerią. Błyskawicznie rozstawili się na skraju lewego skrzydła. Oddziały konnicy, wysłane przez dowódców cesarskiego ataku żeby ich rozbić, dostały się pod silny ogień muszkietników a potem zostały całkiem zniszczone uderzeniem jazdy. W tym czasie rozstawiła się artyleria a piechota wzniosła zasieki. Kiedy cesarscy ponowili atak większymi siłami, dostali się pod ostrzał armat i trafili na zapory piechoty szarpani przez wyskakującą zza nich jazdę. Widząc pomoc, oddziały szlachty stawiły zdecydowany odpór. - Robert zamilkł na chwilę. - Wiem o tym teraz, wtedy stojąc z moim oddziałem na prawym skrzydle widziałem tylko mały obóz, błyskający nieustającym ogniem i kłębiące się przed min wielokrotnie liczniejsze oddziały wroga. Kiedy Cesarz zaangażował się na lewym skrzydle, wykorzystaliśmy okazję. Prawe skrzydło wraz z całą ciężką jazdą uderzyło w bok a potem w środek wrogiej armii rozbijając ją. Popłoch i ucieczka sztabu dokonały reszty. Po bitwie Książę z pocztem przybyli do Królewskiego namiotu. Król uściskał go publicznie, przed całym wojskiem i zaprosił do siebie. Rano nie było już oddziałów z Podgórza. Razem z częścią wojsk regularnych wyruszyli w pościg za armią cesarską. Przez kilka dni oddziały królewskie wracały do obozu, ale podgórzanie udali się prosto do siebie. Więcej ich nie widzieliśmy.
Zapadła cisza. Szlachcic patrzył niewidzącym wzrokiem w ogień wspominając swoją młodość. Piotr spoglądał na niego zamyślony. Po chwili odezwał się.
-A jak z łupami? Wzbogaciliście się?
Robert skrzywił się. – Zdobyłem kilka sztuk ładnej broni oraz trochę złota. Część wysłałem bratu, razem z posrebrzaną szablą, żeby się pochwalić a resztę przehulałem w ciągu roku. Brat kupił za to złoto mały kawałek ziemi – kontynuował. - Kiedy biedny i głodny pojechałem go odwiedzić, nie ukrywam, licząc na pożyczkę, pokazał mi mój kawałek obsiany dojrzewającym zbożem i szablę wiszącą na honorowym miejscu nad kominkiem. Wyjechałem stamtąd z jukami pełnymi prowiantu, ale nie wziąłem od brata ani grosza. I to była najlepsza decyzja w moim życiu. - Zamilkł.
-Wiecie co działo się z armią Podgórza po opuszczeniu pola bitwy? - Nowosielski oderwał wzrok od ognia i uśmiechnął się. - Ja wiem! - pogrzebał patykiem w ognisku.
-Kiedy Książę przekonał dowódców niektórych oddziałów Królewskich do pościgu, kusząc ich wizją wysokich okupów za najwyższych dowódców cesarskich, którzy uszli przecież z pola bitwy, ruszyli rozbijając uciekające oddziały. Stopniowo wojska obwieszone zdobyczą i prowadząc znacznych jeńców zawracały. Po tygodniu, w czasie którego rozbito całkowicie uciekającą armię cesarską, pozostały z nimi tylko trzy oddziały lekkiej jazdy Nadpolańskiej, w sumie około tysiąca ludzi. Dowódcy i żołnierze z tych oddziałów mieli osobiste porachunki z cesarstwem. Przez najazdy Traków stracili majątki i bliskich. Obiecali Księciu, że nie opuszczą go do końca kampanii. Wtedy dogonili uciekający sztab. Było tam około dziesięciu tysięcy żołnierzy jednak tak zdemoralizowanych, że pod ogniem dział i muszkietów poszli w rozsypkę. Schwytano większość cesarskich generałów.
Przez ostatnie sto lat wojska Królestwa wielokrotnie pokonały armie cesarskie, zadowalając się zwycięstwem i łupami. Zresztą trudno byłoby zmusić szlachtę, która chciała świętować do pościgu. Ale dla Księcia to było mało. Po kolejnych kilku dniach dotarli do pierwszego większego miasteczka. Miało liche mury, które służyły jedynie do obrony przed Trakami, od dawna bowiem obce armie nie wkraczały w ten rejon cesarstwa. Zaskoczeni mieszczanie nie chcieli poddać miasta. Zaczęło się bombardowanie. Po kapitulacji zrównano miasto z ziemią. Dopiero wtedy armia zawróciła. Posuwanie się w głąb cesarstwa z czterotysięczną armią byłoby szaleństwem. Wozy były tak pełne łupów, że droga powrotna zabrała im dwa razy więcej czasu.
W ognisku rozległ się trzask i w powietrze poszybowała kolumna iskier.
-Za te pieniądze wybudowano nasza stolicę – dodał Nowosielski.


odcinek 16.


Robert myślał przez chwilę nad tym co usłyszał. - Wkraczacie na ziemie Traków, które formalnie należą do Cesarza. Przypominacie mu kto przyczynił się do jego klęski. Wiecie, że Salop III wam tego nie zapomni?
-Wiemy, ale na szczęście od wielu lat ma co innego na głowie. Bunty wybuchające w prowincjach jego państwa absorbują go całkowicie - stwierdził Piotr. – Zresztą, raczej nie mamy wyboru, więc po co się martwić?
Szlachcic milczał nie przekonany. On by się martwił.
Następnego dnia kiedy zobaczył stolicę Podgórza zrozumiał, że Książę też się martwił. Wysokie mury najeżone paszczami armat, wzmocnione potężnymi bastionami, robiły wrażenie nie do zdobycia. Twierdza wydawała się zbyt duża jak na tak małe państwo, lecz kiedy po opowiedzeniu się przez Nowosielskiego strażnikom przy bramie wkroczyli do środka oprócz dwu, trzypiętrowych murowanych domów zobaczył liczne place oraz skwery obsiane trawą i obsadzone drzewami. Na niektórych tryskały wodą fontanny. Co wyjątkowe, na ulicach nie unosił się odór ekskrementów i innych nieczystości. - Sprawna kanalizacja, doskonałe zaopatrzenie w wodę, mnóstwo miejsca na przyjęcie uchodźców - podsumował w myślach. Stolica rzeczywiście była przygotowana do przetrwania każdego oblężenia. Wyglądało na to, że władca Podgórza nie zostawia niczego przypadkowi.
Nie zatrzymali się w żadnej mijanej po drodze oberży, lecz, ku zdziwieniu Roberta, ruszyli prosto na zamek. Kiedy przekroczyli bramę szlachcic został poproszony by zaczekał chwilę w wartowni a oficer zniknął gdzieś w bocznych drzwiach. Po chwili pojawił się osobnik, w stroju który przypominał mundur, ale okazał się być liberią służby, i zaprowadził go do pokoju, gdzie leżały już jego rzeczy. Pokazał mu drogę do wygódki, grzecznie, ale stanowczo poprosił żeby nigdzie dalej nie chodził, po czym zostawił samego.
Robert umył się i przebrał w czyste ubranie. Zastanawiał się właśnie co dalej, gdy przyniesiono mu posiłek. Kiedy służący zabrał naczynia po smacznym, choć niezbyt wyszukanym posiłku, znów został sam. Miał ochotę się przejść, ale postanowił nie drażnić gospodarzy. Rozpakował swoje rzeczy i wziął się za ich porządkowanie. Później zaczął czyścić i przeglądać broń. Przy tej czynności zastał go Nowowiejski.
-Jak widzę nie marnujecie czasu – skomentował patrząc na rozłożone pistolety. - Wybaczcie, że czekaliście tak długo, musiałem złożyć raport z naszych poczynań. Za to teraz zapraszam was na wino. Pewien szlachcic chce się z wami spotkać – dodał.
Wyszli z pokoju i po chwili byli na miejscu. Przed wejściem stał wartownik, co zapewne oznaczało, że ten szlachcic nie był taką zwykła osobą. Widząc ich, bez słowa otworzył drzwi. Czekał na nich skromnie ubrany, siwiejący mężczyzna. Uścisnął dłonie i zaprosił ich do stołu, na którym czekało już kilka butelek wina i plastry mięsa na przekąskę.
-Jestem Włado Konieczny herbu Podkowa – przedstawił się rozlewając wino do kubków. - Obecnie w służbie Księcia Andrzeja. - Uwagi Roberta nie umknęło, że nie powiedział jaka to służba.
-Cieszy mnie, że mogę gościć tak znakomitego rycerza w moich skromnych progach. – Wzniósł kubek do góry w toaście. Wypili, po czym zasiedli do stołu. Rozmowa jaka się zawiązała była osobliwa. Gospodarz wypytywał o ich przygody, ale bardziej ciekawiło go co myślał i jak rozumował jego gość, niż to co się wydarzyło. W pewnym momencie rozmowa zeszła na temat klamry, która w pewien sposób była przyczyną ich przygód i Włado Konieczny z uwagą wysłuchał jego przemyśleń na jej temat.
Robert, którego znudziła ta sytuacja, zapytał wprost – Czy dobrze rozumiem, że chcecie mi zaproponować jakoweś zajęcie?
Starszy szlachcic uśmiechnął się – Jest waść niezwykłą personą i aż trudno uwierzyć, że ktoś tak utalentowany włóczy się po gościńcach. Nie zaprzeczajcie! - pokręcił głową.
-Ale nie ja decyduję o zatrudnieniu. Jestem jedynie kimś, kto robi to, na co nasz władca nie ma czasu. Jeżeli podejmie taką decyzję, zwróci się do was osobiście. Nie będę waćpanów dłużej zatrzymywał. Wieczór jeszcze młody a wy pewnie wolicie spędzić go inaczej! - Zwrócił się do Nowosielskiego. – Pokażcie, panie Piotrze, naszemu gościowi miasto, jeśli oczywiście ma ochotę.
Pożegnali się z gospodarzem. Po wyjściu Nowosielski zapytał – Pozwolicie zaprosić się na kolację i kufel piwa do karczmy?
-Nie odmówię! - skorzystał z okazji i zapytał wprost – Nie nosicie już munduru oficerskiego?
Piotr miał na sobie coś w rodzaju stroju szlachcica, choć o prostym kroju, bez ozdób.
-Na razie przestałem pełnić funkcje oficerskie. – Jego rozmówca nie wydawał się tym zmartwiony. – Zapraszam was do mojej ulubionej oberży! - zmienił temat. Wyszli z zamku, przecięli dziedziniec i przeszli przez otwartą bramę. W strażnicy po prawej stronie paliło się światło. Ta po lewej była ciemna. Szlachcic był pewien, że w tej po lewej siedzi po ciemku strażnik i uważnie obserwuje drogę. Zaczynał powoli rozumieć sposób myślenia Podgórzan. Zapadał zmrok. Ruch na ulicach był umiarkowany. Minęli dwóch strażników zapalających latarnię na rogu ulicy. Po chwili doszli do karczmy. Jasne światło i gwar sprawiały, że szyld był niepotrzebny. Weszli po schodkach do wewnątrz i zajęli mały stolik pod ścianą. Było nadspodziewanie czysto. Po chwili podszedł do nich karczmarz, przetarł odruchowo ścierką blat stołu i przyjął zamówienie. Robert rozejrzał się po sali. Ludzie rozmawiali, śmiali się, pili. Nikt nie wyglądał na szczególnie nietrzeźwego. Podeszła do nich służąca. Postawiła na stole dwa kufle piwa z apetyczną pianą i miski z polewką. Pływały w niej kawałki warzyw i mięsa. Pachniała całkiem miło. W tym momencie zrobiło się cicho. Na środek sali wyszło dwoje ludzi. Mężczyzna z lutnią siadł na stołku. Kobieta stanęła obok i przy dźwiękach muzyki zaczęła śpiewać. Miała ładny, choć niewyszkolony głos. Zaśpiewała najpierw kilka piosenek ludowych, które znali chyba wszyscy a później kilka biesiadnych. Kiedy kończyła, śpiewała z nią cała sala wymachując kuflami. Ukłoniła się, wzięła pusty kubek i przeszła po sali zbierając datki. Z tego co zauważył, wpadło do niego przynajmniej kilkanaście groszy. Kiedy przechodziła obok sam wrzucił miedziaka. Podziękowała uśmiechem i poszła dalej. Robert, który nie raz widział jak w karczmach zamiast zapłaty oblewano dla żartu występujących piwem, uznał ich zarobek za całkiem przyzwoity.
-Lubię tu przychodzić ze względu na występy - wyznał Piotr. - W innych karczmach też starają się zabawić gości, ale zwykle w sobotę, kiedy można posiedzieć dłużej.
Szlachcic rozejrzał się. Rzeczywiście, goście zaczynali powoli wychodzić. Niektórzy prowadzeni przez przyjaciół pod ręce, ale właściwie nikt się nie awanturował, nikt nie spał na stole ani pod stołem.
-Przychodzą tu głównie kupcy i rzemieślnicy – wyjaśnił Nowosielski, widząc jego spojrzenie
-Jutro wstają z samego rana, więc raczej nikt się nie zasiedzi.
-Widziałem kilku starszych z kordami przy pasie – stwierdził Robert.
Piotr uśmiechnął się. – W obrębie miasta tylko szlachcie wolno chodzić z bronią. Ale szabla jest niewygodna, więc ci, którzy otrzymali szlachectwo za zasługi w czasie wojen, noszą kordy. Tylko nie pytajcie żadnego o jego wojenne przewagi – dodał szybko – bo będziemy tu siedzieć do białego rana.
-Byli żołnierze są wszędzie tacy sami. – Pokiwał głową. – To książę nadaje szlachectwo za zasługi?
-Tak, ale właściwie tylko za odwagę w boju – sprostował Nowosielski. - I są dwa rodzaje uszlachcenia. Jedno dożywotnie, nie przechodzi na potomków i drugie, dziedziczne za naprawdę wyjątkowe zasługi.
Robert zdziwiony pokręcił głową, ale słuchał w milczeniu.
-Tak naprawdę to wszyscy jesteśmy równi wobec prawa, i chłop i szlachcic. Szlachectwo oprócz dumy i prawa do noszenia broni daje tylko jedną przewagę... - zawiesił głos – niższe podatki! Ojciec opowiadał mi dowcip jaki krążył w czasie ostatniej wojny, że nigdzie nie ma tak bitnych kupców jak u nas, bo kupiec żeby nie płacić podatków zrobi wszystko!
Mimo zdumienia nowinami, które usłyszał szlachcic zauważył, że młodzieniec odkąd się znają, pierwszy raz wspomniał o swojej rodzinie. Czuł jednak, że nie jest to dobry moment na pytania. Rozejrzał się więc po sali. Oprócz nich zostało tylko kilka osób. Karczmarz sprzątał puste stoły. Piotr, który zauważył jego spojrzenie, stwierdził – Czas na nas!
Wyszli i ruszyli z powrotem w stronę zamku.


odcienk 17.


Następnego dnia rano Nowosielski wpadł, żeby zabrać go na śniadanie. Sala, w którym je spożywali, mieściła około stu osób, ale tylko część miejsc była zajęta. Mężczyźni i kobiety wchodzili i wychodzili, witając się ze znajomymi i siadając gdzie kto chciał. Poubierani byli różnie. Żołnierze w mundurach, służący w swoich liberiach. Kilka osób wyglądało na szlachciców, chodź ich stroje miały raczej prosty krój i stonowane kolory. Niektórzy jedli wolno rozmawiając, inni w pośpiechu pochłaniali śniadanie. Każdy nakładał ile chciał z półmisków, które cały czas uzupełniano. Robert jadł w milczeniu przyglądając się wszystkiemu. Jego przyjaciel zniknął na chwilę po czym pojawił się z dwoma parującymi kubkami. – Arbata – oznajmił. - Za darmo jest tylko woda, ale jeśli ma się własne zioła można poprosić w kuchni o wrzątek.
Wypili aromatyczny napój, po czym Piotr wstał i wyjrzał przez okno w stronę wieży zegarowej. - Czas na nas. Macie spotkanie.
Zdziwiony szlachcic wstał od stołu. – Może choć rzekniecie z kim?- zapytał.
-Zobaczycie – uśmiechnął się młodzieniec – Nie chcę psuć wam niespodzianki!
Wyszli z sali i wspięli się na drugie piętro. W tej części zamku Robert jeszcze nie był, rozglądał się więc z ciekawością. Minęli strażnika, któremu Piotr szepnął coś do ucha i po chwili dotarli do drzwi strzeżonych przez następnego żołnierza. Ten nie czekając otworzył je przed nimi. Szlachcic wszedł i kiedy drzwi zamknęły się za nim zorientował się, że jest sam. Jego towarzysz został na korytarzu. Był w czymś w rodzaju poczekalni. Ruszył przed siebie, minął kilka krzeseł, mały stolik i stanął w otwartych drzwiach na końcu pomieszczenia. Przed sobą miał o wiele większą salę, bardzo jasną dzięki oknom skierowanym na południe. Pod ścianami stało tam kilkanaście krzeseł i dwa małe stoliki. Na środku był duży stół zasłany pergaminami, przy którym na krześle z wysokim oparciem siedział mężczyzna pisząc coś w skupieniu. Robert obeznany z obyczajami możnych spodziewał się, że będzie musiał czekać dłuższą chwilę. Zastanowił się nawet czy nie usiąść bez zaproszenia. W końcu był tu gościem, nie sługą. Ale nieznajomy skończył pisać, odłożył pióro i ruszył w jego stronę z wyciągnięta ręką. Był wysoki, potężnie zbudowany.
-Witam waści! - uścisnął jego dłoń. - Cieszę się ze spotkania!
-Wasza Wysokość – wymamrotał szlachcic, do którego dopiero teraz dotarło z kim ma do czynienia. Próbował się pokłonić, ale było to niemożliwe, gdy książę ściskał jego dłoń.
-Usiądźmy!- Gospodarz poprowadził go do krzesła przy jednym z mniejszych stolików. Posadził gościa a dopiero potem sam usiadł i wskazał stojącą na stoliku karafkę z winem i kilka kielichów
-Rozcieńczone zimną wodą. Napijecie się dla ochłody?
-Chętnie – odparł trochę oszołomiony szlachcic. Mimo to przez głowę przeszła mu myśl, że siedzą tak daleko od stołu by nie mógł zerknąć na rozłożone na nim papiery. Musiał mimowolnie spojrzeć w tamtą stronę, bo książę podając mu kielich z winem uśmiechnął się nieznacznie.
-Zaprosiłem was tutaj, bo poinformowano mnie, że jesteście dzielnym żołnierzem i bystrym obserwatorem – przeszedł od razu do sedna. - Łączą nas z Królestwem rozliczne interesy, ale niestety utrudnia je odmienny sposób życia.
Mało powiedziane! - pomyślał Robert przypominając sobie „dożywotnie” szlachectwo czy obowiązkową służbę wojskową.
-Niestety wśród moich ludzi mało jest prawdziwej, herbowej szlachty – kontynuował władca.
-Utrudnia to działalność szczególnie w bardziej delikatnych sprawach. Dlatego chciałbym przyjąć was na służbę jako mojego przedstawiciela.
-Co dokładnie Wasza wysokość ma na myśli? - zapytał. Niezbyt spodobało mu się brzmienie słowa „delikatnych”. - Na pewno wiele osób chętnie podjęło by się takiej służby.
-Za pieniądze!- wszedł mu w słowo książę. – Ale tak naprawdę liczy się tutaj tylko zaufanie.
Zamilkł na chwilę. - Powiedziano mi, że waść jest nie tylko odważny ale uczciwy, dyskretny i tolerancyjny. Jeżeli podejmiecie się jakiegoś zadania doprowadzicie je do końca, a jeśli wam się nie spodoba odmówicie. Czy taka jest prawda?
Szlachcic czuł, że nie pora na skromność. - Tak! - odparł zdecydowanie.
-Wasz majątek znajduje się w zachodniej części Królestwa. Wyruszycie więc do siebie odwiedzić brata i po drodze wstąpicie do stolicy zobaczyć się z bratankiem. Przy okazji zawieziecie pewne listy. - Szybkość z jaką książę przechodził do sedna i jego wiedza o nim oszałamiały – Zgadzacie się?
-Zgadzam – odparł. - Wasza książęca mość działa bardzo szybko – zauważył. Gospodarz napił się wina i spojrzał na niego. – Wiecie dlaczego mówią do mnie Książę a prawie nikt nie używa miana tytularnego Zygmunt Makator książę Podgórza?
-Wybaczcie, ale nie – odparł zaskoczony.
-Kiedy dwadzieścia lat temu całe moje księstwo to była warowna osada na ziemiach niczyich zamieszkała przez kilkuset uciekinierów z królestwa i byłych niewolników, szlachta nazywała mnie pogardliwie „Księciem złodziei”. Można powiedzieć, że wrogowie sami uczynili mnie władcą.
-Nie pierwszy raz złodzieja od księcia różni tylko majątek i władza – stwierdził Robert.
Zygmunt Makator zamiast obrazić się wybuchł gromkim śmiechem, który huczał w jego masywnej piersi. Podniósł się i wyciągnął rękę z pierścieniem na którym widniał herb podgórza – równina a za nią trzy górskie szczyty. - Przyjmuję was na służbę – powiedział uśmiechnięty.
-Zrobię co w mojej mocy. – Szlachcic klęknął i ucałował pierścień po czym powstał.
-Kiedy wszystko będzie gotowe otrzymacie instrukcje. – Władca uścisnął mu dłoń po czym ruszył w kierunku biurka. Robert zrozumiał, że audiencja dobiegła końca. Skierował się do wyjścia wciąż oszołomiony szybkością wydarzeń.
Na zewnątrz czekał na niego Nowosielski .
-Jak wam się podoba nasz władca?- zapytał.
-Jeszcze nie wiem, ale chyba muszę się napić. – Potrząsnął głową.
-Za wcześnie na wizytę w karczmie, zresztą mam lepszy pomysł.
Wyszli z zamku. Piotr zaprowadził ich na targ gdzie kupili chleb, pieczonego kurczaka i butelkę wina, po czym z zapasami wspięli się na mur miejski. Usiedli w pustej wnęce przygotowanej na stanowisko armatnie i rozłożyli zakupy. Pogoda była dobra. Z wysokiego na dwanaście łokci muru widać było pola otaczające miasto aż po horyzont.
-Pewnie chcecie wiedzieć czy przyjąłem służbę u księcia? - zagaił Robert ogryzając udko kurczęcia.
-Jeżeli możecie mi powiedzieć to tak. – Młodzieniec rozprawił się właśnie ze skrzydełkiem i nalał wina do kubków. Kiedy szlachcic potwierdził, wzniósł toast, wyraźnie uradowany.
-Szybko się zdecydowaliście – odstawił kubek.
-Zapominacie, że służyłem w lekkiej jeździe. – Szlachcic urwał skrzydełko dla siebie. – Przez ostatnie kilkanaście lat wiele razy najmowaliście żołnierzy, nie tylko do walk z Trakami. Przez problemy z wypłatami w królewskim wojsku całe oddziały walczyły dla was. Ja nie miałem takiej okazji, ale wielu z moich druhów chwaliło sobie taką służbę. Książę nie szafował życiem żołnierza i płacił zawsze w terminie.
-Jest u nas takie powiedzenie, które zresztą przypisuje się naszemu władcy „złoto jest tańsze od krwi” - zacytował młodzieniec.
-Mało kto w Królestwie zgodziłby się z tym – skomentował Robert. Spojrzał w dal ponad murem – Skoro nie wiemy co będzie jutro, napijmy się dzisiaj!
-Zapamiętam! Tak właśnie powstają przysłowia – roześmiał się Piotr. Wypili.


odcinek 18.


Po raz kolejny szybkość działania Podgórzan zaskoczyła Roberta. Już następnego dnia dostał zaproszenie do odwiedzenia Włado Koniecznego. Kiedy strażnik otworzył przed nim drzwi zobaczył wewnątrz siedzącego obok gospodarza Nowosielskiego.
-Zapraszam, zapraszam! - gospodarz siedząc przy stole wskazał wolne krzesło.
-Przejdę od razu do rzeczy – mówił tak cicho, że nawet strażnik za drzwiami nic by nie podsłuchał.
-To są listy, które macie zawieźć do stolicy. – Położył na stole pakiet który szlachcic z Barczewa schował za pazuchę.
-Po opuszczeniu miasta pan Piotr powie wam komu. Po ich dostarczeniu odwiedzicie bratanka w Akademii Królewskiej
i wypytacie go o wszelkie nowiny, które następnie spiszecie
i przekażecie pod pewien adres.
-Nie zrobię nic, co może mu zaszkodzić! - obruszył się Robert.
-Jeżeli młodzieniec z Akademii zna jakieś nowiny, to zna je zapewne i całe miasto! - skrzywił się Włado. – Nie będziecie musieli chodzić po mieście i wypytywać obcych. Położył przed sobą inne papiery. -Tu macie akt kupna majątku niedaleko stolicy. Nic specjalnego dworek, dwie małe wioski. W stolicy załatwicie niezbędne formalności po czym udacie się tam, obejrzycie wszystko
i doprowadzicie do porządku. Później możecie odwiedzić brata.
Robert, przysunął papiery do siebie po czym zerknął na nie
i wytrzeszczył oczy. Jako kupujący wpisany był Robert z Barczewa.
-Ale co ja mam z tym... - zaczął zaskoczony, nie bardzo wiedząc co powiedzieć.
-To zaliczkowo wasza pensja za pięć lat służby – przerwał mu gospodarz. - Macie pensum oficerskie. Jeżeli wcześniej odejdziecie ze służby, sprzedacie posiadłość i rozliczycie się z nami – dodał widząc, że Robert próbuje coś powiedzieć. - A utrzymywać się musicie z własnych środków skoro dostaliście zaliczkę!
Następnego dnia rano byli już w drodze. Jechali w milczeniu, dzięki czemu mógł w spokoju pomyśleć nad swoją przyszłością. Z jednej strony zapłata w postaci majątku ziemskiego, sądząc
z dokumentów, równie dużego jak ten na który oszczędzał przez piętnaście lat. Plus pełna kiesa którą, mimo wszystko, udało mu się wydębić „na niezbędne wydatki” od Koniecznego. Jednak patrząc
z drugiej strony, nikt nie rozdaje takich pieniędzy za nic. Czuł,
że przyjdzie mu na nie ciężko zapracować, nie raz narażając życie.
-Coś markotnie wyglądacie – zagaił jego towarzysz. Bez munduru wyglądał weselej.
-Nie cieszy was nowe zajęcie?
-Zajęcie jak zajęcie – Pokręcił głową. – Po prostu sprawy potoczyły się tak szybko.
Obejrzał się za siebie. - Pracuję dla człowieka, którego widziałem tylko raz w życiu!
-Przeszkadza wam to?- zapytał Piotr.
Wzruszył ramionami. – Nie jestem damą do towarzystwa – burknął. Minęli wóz wyładowany sianem. Woźnica nie zwrócił na nich uwagi, ale siedzące na kopie siana dziewczę przesłało Nowosielskiemu buziaka. Kiedy młodzi uśmiechali się do siebie, szlachcic wyprostował się w siodle. Ta praca to coś więcej niż wynajmowanie swojego miecza jakiemuś wielmoży, ale co ma być to będzie!
Trzy tygodnie później dotarli do stolicy. Wynajęli pokój w karczmie na podgrodziu, przebrali się a stroje podróżne oddali do prania. Piotr, który był pierwszy raz w stolicy, rozglądał się dookoła
z zainteresowaniem. Robert, który odwiedzał Wielachę wiele razy, patrzył głównie na stragany i uważał na złodziei. Do obiadu kręcili się po podgrodziu. Oddali siodło do naprawy, choć cena jakiej zażądał rymarz była co najmniej wygórowana. Po posiłku przekroczyli bramę Kowalską i bez pośpiechu ruszyli w głąb miasta. Postanowili najpierw oddać listy, szli więc nie spiesząc się
i oglądając miasto.
-Panie Robercie – odezwał się w pewnej chwili Nowowiejski, zatrzymując się. Trzymał za wykręcone ramie młodego oberwańca, który unieruchomiony krzywił się z bólu.
-Chciał mnie okraść – poinformował towarzysza. – Złamać mu rękę?
Dzieciak zbladł pod warstwą brudu. Szlachcic pochylił się w jego kierunku i spojrzał mu w oczy uśmiechając się paskudnie. – Fajtłapa, na złodzieja się nie nadaje – stwierdził. – W dodatku jest głupi, skoro próbował nas okraść. Puśćcie go. I tak prędzej czy później skończy na szubienicy.
Uwolniony dzieciak momentalnie zniknął w tłumie. Ruszyli dalej. Robert pokazywał druhowi jak dojść na zamek, gdzie jest brama flisacka a gdzie koszary straży miejskiej. Po jakimś czasie skręcili
w boczną uliczkę i zaczęli szukać adresu odbiorcy listów. Przez moment wydawało mu się, że zobaczył tego samego małego złodziejaszka, ale nie był pewien. Stanęli przed niezbyt imponującym domem należącym do kupca, którego szukali. Kiedy zastukali kołatką w drzwi, otworzył im sam gospodarz.
-Witajcie! Przemyśleliście sprawę tego srokacza?- Tak brzmiało hasło. Kupiec wpuścił ich za drzwi. - Muszę się jeszcze zastanowić - odparł. Szybko przekazali mu dokumenty. Po chwili wyszli na ulicę.
-Wasza strata! Za drogo chcecie! - zawołał w kierunku zamykających się drzwi Nowosielski i ruszyli przed siebie uliczką.
-Czas na odwiedziny w Akademii. – Robert prowadził w kierunku zamku. Szli przez dziesięć minut, gdy ktoś pociągnął go za rękaw.
-Dajcie panie coś biedakowi. – To był ten sam złodziejaszek, tym razem bezczelnie uśmiechnięty. - A powiem wam kto was śledzi – dodał ciszej, wyciągając rękę.
-Popatrzcie, jaki bezczelny! - zwrócił się do towarzysza. W jego dłoni pojawiła się mała srebrna moneta. Chłopak pochylił się wyciągając rękę.
-Zielony kubrak, czarne portki. Śledzi was od domu kupca – szepnął.
-Zmiataj żebraku!- Trzepnął go w wyciągniętą rękę. Dzieciak umknął w boczną uliczkę chowając monetę do kieszeni.
Ruszyli przed siebie. Kiedy po chwili podziwiali trzypiętrową, ozdobną kamienicę bogatego kupca Piotr pokręcił głową – Widzę go – szepnął.
-Przynajmniej nie zmarnowałem srebrniaka – odparł równie cicho.
-Nie chcę żeby wiedział gdzie idę. Traficie sami do naszej karczmy?
Jego towarzysz kiwnął głową. - Zajmę się nim – odparł, po czym ruszył z powrotem. Kiedy podszedł do śledzącego ich mężczyzny, ten udawał, że ogląda towar na pobliskim straganie.
-Możecie mi pomóc? - zagadnął .
-Czego? - burknął nieznajomy. Śmierdział a jego ubranie nie było zbyt czyste.
-Nie znam miasta. Jak dojść do bramy flisackiej?
Nieznajomy wzruszył ramionami i próbował go wyminąć. Nowosielski zastąpił mu drogę. – No to którędy?
Zaczepiony wzruszył ramionami. – Ja też nie wiem! – burknął. Wyminął go i podbiegł kilkanaście kroków, po czym stanął rozglądając się. Po Robercie nie był śladu. Piotr, który był już dwie uliczki dalej, szedł uśmiechając się pod nosem.
Szlachcic dotarł do bramy zamkowej i opowiedział się strażnikom. Skierowano go do dormitorium, gdzie nocowali młodzieńcy
z Akademii Królewskiej. Kiedy odszukał właściwy pokój, kilku młodzieńców siedzących nad papierami rozłożonymi na małym stole podniosło na niego zaciekawiony wzrok.
-Wujku! - Jeden z nich, wyrośnięty piętnastolatek, zerwał się ze swojego miejsca. Uściskali się. - To mój wuj, Robert z Barczewa!- przedstawił kolegom. Ci wstali i kiwnęli mu głową w wojskowym ukłonie. Odpowiedział tak samo, śmiejąc się w duchu z ich udawanej powagi.
-Co cię sprowadza do stolicy? - zapytał chłopak.
-Interesy – odparł. - Właśnie kupiłem majątek niedaleko stąd
i postanowiłem odwiedzić cię przy okazji. - Uuznał, że udawanie bogatego krewnego nie zaszkodzi a raczej pomoże pozycji chłopca w akademii.
-Ale nie przeszkadzajmy twoim kolego, chodź, pokaż mi zamek – dodał.
-Oczywiście, chętnie cię oprowadzę! - ucieszył się młodzieniec. Wyszli na podwórzec a chłopak wskazywał po kolei gdzie są sale wykładowe, gdzie uczą się szermierki a gdzie stajnie w których trzymają konie.
-Dziękuję, że opłaciłeś mi kolejne półrocze w scholi – powiedział
w pewnym momencie chłopak. - Musi ci się dobrze powodzić skoro w dodatku kupiłeś majątek i to blisko stolicy!
-Tak naprawdę będę go spłacał przez kolejne pięć lat, ale nie musimy tego mówić twoim kolegom, prawda? - Mrugnął do niego na co ten odpowiedział uśmiechem.
-Lepiej powiedz Karolu co u twojego ojca? Nie miałem od niego dawno wiadomości.
-Tydzień temu dostałem list – poinformował go młodzieniec. – Pisał, że plony udały się nadspodziewanie i przesłał mi trochę pieniędzy. Prosił, żebym część odłożył na następne półrocze.
Robert pomyślał o pieniądzach, które zarobił na ostatniej awanturze. - Nadal jeździsz na tym siwku? - zapytał.
-Tak, wuju. Ma już swoje lata, ale dbam o niego i jest w dobrej formie – zapewnił go bratanek.
-W takim razie sprzedaj go i kup sobie lepszego konia – poradził. – A o pieniądze na następny okres się nie martw. Tylko nie daj się oszukać!
-Dziękuję! - zawołał uradowany chłopak. – Ojciec jednego z moich kolegów ma stadninę. Chłopak zna się na koniach jak nikt, pomoże mi wybrać!
Resztę popołudnia spędzili na rozmowach. Karol z przejęciem opowiadał o swoich zajęciach i kolegach, z którymi się uczył oraz o ciekawostkach z królewskiego dworu, którymi żyło całe miasto. Na koniec uściskali się na pożegnanie. Robert niepostrzeżenie wsunął chłopakowi kilka monet do kieszeni, po czym ruszył szybkim krokiem w kierunku murów. Chciał wrócić do karczmy przed zmrokiem.
W sali biesiadnej czekał już na niego Nowosielski. Zamówili posiłek
i korzystając z panującego gwaru zaczęli zastanawiać się co dalej.
-Jutro trzeba udać się do Królewskiego urzędnika zarejestrować umowę kupna waszej posiadłości - podsumował ich rozmowę Piotr. - Lepiej nie zwracać na siebie uwagi i jak najszybciej poinformować, że dom kupca jest pod obserwacją.
Resztę wieczoru przesiedzieli w milczeniu nasłuchując o czym rozmawiają przy sąsiednich stołach. To co usłyszeli na temat królestwa i dworu, w większości pokrywało się z plotkami jakie opowiedział Robertowi bratanek.
Następnego dnia udali się z rana do oficjalis położonego najbliżej bramy kowalskiej. Kiedy dokumenty zostały zarejestrowane
i podstemplowane przez upoważnionego urzędnika wrócili do siebie. Szlachcic spisał swoje spostrzeżenia dodając opis śledzącego ich osobnika oraz małego złodziejaszka, który im pomógł po czym spakowali się i opuścili gospodę. Pod wieczór dotarli do młyna
w którym mieli zostawić list. Przenocowali w pobliskiej karczmie
a rano pozostawili dokument i ruszyli w dalszą drogę. Dzień później dotarli do nowego majątku Roberta.


odcinek 19.


Budynki były zaniedbane. W oborze, którą mijali, brakowało drzwi. Dwóch brudnych pachołków przerzucało bez pośpiechu gnój. Przerwali pracę i wytrzeszczyli na nich oczy. Stojący obok kurnik nie miał połowy dachu. Zerkała z niego tak samo brudna baba z koszem w ręku. Płoty były pozawalane. W błocie przed dworkiem taplała się świnia. Dookoła niej chodziły kury grzebiąc w ziemi. Jedno z okien było zabite deskami. Większość szyb w innych była popękana. Kiedy zsiedli z koni i weszli na ganek, usłyszeli w głębi domu kroki i po chwili ich oczom ukazał się mały, wyjątkowo brzydki mężczyzna ubrany w wyświechtany i poplamiony żupan oraz luźne, zapewne kiedyś czerwone, spodnie z łatami na kolanach.
-Kim waćpanowie jesteście? Czego tu chcecie? - rzucił stając w drzwiach. Robert wyciągnął dokument opatrzony królewskimi pieczęciami i podetknął pytającemu pod nos.
-Jestem Robert z Barczewa, nowy właściciel tego majątku! A kim wy jesteście? - Schował pergamin i przyjrzał się pytającemu. Ten ukłonił się, uśmiechając się nieszczerze.
-Jestem Jan Niepolski, zarządca tego majątku! Zapraszam na pokoje, zapraszam! - Odsunął się wskazując drogę. Wewnątrz budynek wyglądał jeszcze gorzej niż z zewnątrz. W jednym z mijanych pokoi ktoś zerwał podłogę, sądząc po śladach żeby deskami palić w piecu.
-Pewnikiem waćpanowie zmęczeni! Zaraz zarządzę jakąś kolację dla waćpanów a i pokój do spania każę wyrychtować!
-My na razie niegłodni! - przerwał mu Robert. - Księgi chciałbym najpierw zobaczyć!
Niepolski wyraźnie się zmieszał. - Kiedy księgi zaginęły. Zaraz po tym jak poprzedni właściciel w pojedynku zginął. Zresztą nie był to prawdziwy szlachcic jeno jakiś przybłęda z Podgórza! - dodał.
-W takim razie jak podatki płacicie? Ile pieniędzy jest w skrzyni po ostatnich żniwach? - dopytywał się zirytowany właściciel.
-Jakie pieniądze dobrodzieju! - Załamał ręce „zarządca”. - Chłopy leniwe, pańszczyzny odrabiać nie chcą. Ziemia kiepska, rodzi słabo. A jeszcze nieszczęście na nas spadło! Burza z gradem plony wytłukła!
-Wszystkie? Na wszystkich polach? Nie słyszałem w okolicy o takowym nieszczęściu - dopytywał się patrząc w oczy Niepolskiego. Ten odwrócił wzrok kręcąc głową.
-Kara boska to była, nic innego! Kara boska! Tylko u nas w Żalnicach grad przeszedł plony niszcząc. Pewnikiem dlatego, że się przybłęda między prawdziwą szlachtę wkraść próbował!- rozkręcał się coraz bardziej. - Ja tu wszystkich znam. Każdego szlachcica w okolicy. Zaopiekuj się, zadbaj, mówili! Szkoda żeby majątek niszczał. Przyjedzie nowy właściciel to ci za starania podziękuje a i grosza nie pożałuje za twoją ciężką pracę! I oto stoję przed waćpanem, jako przed moim dobroczyńcą! - Rozłożył ręce w dramatycznym geście. Robert rozejrzał się po brudnej izbie z popękanymi szybami w oknach.
-Rzeczywiście, wypada waćpanowi podziękować za starania. A i wypłacić za pracę się należy!
Złapał Niepolskiego garścią za brudne kudły i do drzwi po podłodze pociągnął.
-Tedy wypłatę odbierzcie! Od ręki! - Każde słowo podkreślał potężnym kopniakiem, po którym opierający się mężczyzna podlatywał kilka kroków do przodu.
-Żebyście krzywdy nie mieli! - Kiedy stanęli na ganku, ostatnie uderzenie posłało brudasa ze schodów prosto w kałużę błota, w której wcześniej taplała się świnia.
-Wasze rzeczy jutro do karczmy wyślę. A wy mi się tutaj więcej nie pokazujcie, bo wybatożyć każę!
Dotychczasowy „zarządca” pozbierał się z ziemi złorzecząc. Parskał błotem tak, że słychać było tylko pojedyncze słowa. - Zemszczę, ubiję! – Dolatywało do stojących na ganku. Robert podszedł do przywiązanego przy ganku konia i wyciągnął z juków pistolet.
-Jeszcze jedno słowo... - zaczął, ale już nie było do kogo mówić. Przez chwilę słychać było jedynie tupot butów uciekającego Niepolskiego i jego krzyk, gdy po ciemku wpadł na zawalony płot.
Schował broń i zaczął odpinać juki. - Lepiej zadbajmy o siebie, skoro gospodarz nas opuścił – stwierdził. Nowosielski skończył wycierać łzy, które ze śmiechu popłynęły mu z oczu i podszedł do swojego konia.
-Waćpan umiesz postępować z ludźmi – podsumował. Zrzucił swoje rzeczy na ganek.
-Zaprowadzę konie do stajni i oporządzę, a wy jako gospodarz przygotujcie kolację – zaproponował. Szlachcic z Barczewa kiwnął głową. I tak, zanim przygotował posiłek, musiał przynieść wiadro wody i ogarnąć trochę pokój, który wybrali. Dawny salon wyglądał bowiem bardziej jak chlew. Nikt ze służby się nie pokazał, ale poszukiwanie ich postanowił odłożyć do jutra. Napalił w piecu szczapami, które wyglądały jak resztki drewnianej podłogi, zakasał rękawy i wziął się za sprzątanie zerkając na gotującą się polewkę.
Następnego dnia od rana zabrali się za pracę. Najpierw zebrali ludzi z czworaków koło dworu. Nowy właściciel od razu kazał im się umyć, bo jak stwierdził – Zza brudu gęb nie widać i nie wie do kogo mówi.
Następnie przydzielił każdemu pracę. Kiedy sprzątali dwór i podpierali walące się płoty, pan razem z młodszym paniczem obeszli całość zabudowań. W pewnym momencie młodzieniec wyciągnął rękę.
-Spójrzcie! - Na drodze prowadzącej do dworu widać było kłąb kurzu i sylwetki konnych.
-Gości mamy – podsumował Robert. – Nie wiadomo kto zacz, lepiej chodźmy do dworu powitanie przygotować.
Kilka chwil później sześciu konnych podjechało pod dwór. Zeskoczyli z koni i z szablami w dłoniach ruszyli w głąb domu, wprost do salonu, gdzie za biurkiem siedział nowy dziedzic. Mężczyźni wymachując szablami wbiegli do pomieszczenia. - Wstawaj! - krzyknął najwyższy z nich, wyglądający na przywódcę. Robert siedział dalej, jedynie wyciągnął przed siebie i oparł dłonie o blat stołu. W każdej z nich ściskał kolbę pistoletu. Zapadła cisza, którą niespodziewanie przerwał huk zamykanych drzwi. Napastnicy drgnęli i obejrzeli się za siebie. Koło zatrzaśniętych drzwi stał Piotr również uzbrojony w pistolety.
Pierwszy przedłużające się milczenie przerwał gospodarz.
-Widzę, że gości mamy. Choć nie proszeni, to witamy w naszych skromnych progach! - Uśmiechnął się przyglądając im uważnie. Oprócz Niepolskiego, którego widok go nie zaskoczył, wszyscy pozostali wyglądali na poważną zamożną szlachtę.
-Waszmość tego tu szlachcica z majątku wypędził! - odezwał się przywódca napastników, próbując głosem dodać sobie animuszu. - Jaki prawem! - zawołał i zamilkł, gdy jeden z pistoletów skierował się prosto w jego brzuch.
-Takim, jakim waść na swoim majątku siedzisz!- odparł Robert. - Prawem własności! Przybyłem do swego majątku i oszusta, który prawem kaduka go zajął, zastałem! Pieniądze przepadły a majątek w ruinie. Ale ja łagodny człowiek jestem! - dodał. - Zamiast do sądu iść i do ciemnicy go wtrącić, wyprosiłem jedynie tego człeczynę z mojego domu.
-To waść ten majątek kupił? - Wysoki szlachcic skorzystał z okazji by wyjść z sytuacji z twarzą. Schował szablę do pochwy a po nim zrobili to z wahaniem jego towarzysze. Widząc to, gospodarz odłożył pistolety na blat biurka. Stojący przy drzwiach Nowosielski nawet nie drgnął.
-Wybaczcie najście, ale zaskoczyło nas wasze przybycie. My tu wszyscy sąsiadami waszymi jesteśmy! - Prowodyr napastników rozłożył ramiona jak by chciał objąć całą okolicę. - Wybaczcie nachalność... - zaczął.
-Ależ oczywiście! Wyjaśnijmy sprawy do końca! - Robert wszedł mu w słowo. Z biurka wyciągnął dokument i pokazał tak by ten zobaczył wyraźnie pieczęcie królewskiej kancelarii, ale trzymał go na tyle daleko, by nie mógł wziąć go do ręki.
-W takim razie jeszcze raz proszę wybaczyć nam to nieporozumienie! - Szlachcic udał, że nie zauważył afrontu. - Jestem Mścisław Wolański, mam tu niedaleko majątek Pogorzewo.
-Robert z Barczewa, a teraz i z Żalnic – Gospodarz wstał i ukłonił się krótko. – A to mój przybrany syn Piotr Nowosielski.
Szlachcice zaczęli się sobie kłaniać, mrucząc pod nosem pozdrowienia.
-To my już opuścimy waszmość panów!- Ich przywódca postanowił zakończyć niezręczną sytuację. Piotr bez słowa otworzył im drzwi. Sytuacja wyglądał dziwnie, tym bardziej, że w opuszczonych dłoniach wciąż ściskał pistolety. „Goście” wyszli starając się jak najszybciej opuścić dwór. Ostatni szedł Wolański. Kiedy wszyscy już wsiedli na konie, odezwał się do Roberta stojącego na ganku.
-Zapomnijmy o tym nieporozumieniu! Zapraszam Waćpanów do siebie w następną niedzielę! Obchodzimy dzień urodzenia mojej pani, będzie okazja zapoznać się z sąsiadami. Wszyscy na pewno przybędą!
-Chętnie skorzystam! Przekażcie wyrazy szacunku waszej małżonce! - Ukłonił się gospodarz. Mścisław pomachał im ręką i konni ruszyli z kopyta. Przyjaciele stali patrząc za odjeżdżającymi. Widzieli jak do prowadzącego grupę podjeżdża Niepolski i wymachując rękami coś tłumaczy, po czym odsuwa się, gdy Wolański grozi mu pięścią.
-Myślicie, że to koniec zatargów z sąsiadami? - zapytał Piotr.
-Ojcze?- dodał z uśmiechem.
-Wiesz może synu jak zginął poprzedni właściciel? - odpowiedział pytaniem Robert wciąż patrząc za odjeżdżającymi.
-W pojedynku – odparł Nowosielski. Milczeli przez chwilę.
-W takim razie nie będziemy jeszcze świętować.


odcinek 20.


Kilka następnych dni upłynęło im na ciężkiej pracy. Nie tylko sami byli zajęci, ale musieli jeszcze nadzorować ludzi z czworaków przyzwyczajonych raczej do symulowania, niż do roboty. Odsyłając rzeczy Niepolskiego, Robert bez skrupułów zatrzymał wypchany mieszek, który w nich znalazł. Było za co kupić deski na brakującą podłogę czy na płoty a nawet kilka szyb okiennych. Na szczęście pola były dobrze utrzymane. Samozwańczy „zarządca” dbał o źródło dochodu. Dwie lochy miały prosięta, więc zdecydowali się sprzedać kilka świń, by zrobić miejsce w chlewie, który odbudowali. Kiedy policzyli okazało się, że gotówki wystarczy im do żniw i nie trzeba będzie już dokładać do majątku.
W wolnym czasie kilka razy spróbowali się na szable. Technicznie byli na tym samym poziomie, ale lepszy refleks i zręczność Nowosielskiego dawały mu przewagę. Błyskawicznie wykorzystywał każdy błąd przeciwnika i każdą lukę w obronie. Sam był tak gibki, że potrafił uniknąć cięcia bez stosowania zasłony co dawało mu okazję do ataku. Szlachcic z Barczewa wypróbował na nim wszystkie sztuczki jakie poznał przez lata i choć udało mu się go kilka razy zaskoczyć nie mógł na dłużej przełamać jego obrony.
Zbliżała się niedziela. Postanowili obaj wybrać się na ucztę do Wolańskiego. Wyczyścili najlepsze ubrania. Robert, który przy okazji sprzedaży świń zostawił u jubilera w miasteczku trochę srebra, odebrał od niego zamówienie. Wisior na szyję w kształcie jaskółki - symbolu szczęścia, ozdobiony cykoriami. Była to ekstrawagancja, ale chciał zrobić wrażenie na gospodarzach.
Kiedy dotarli na miejsce nie pożałował wydatku. Goście zjeżdżali się z całej okolicy z bukietami kwiatów i pudełkami słodyczy, ale to na widok ich prezentu żona Wolańskiego, przystojna kobieta w średnim wieku zaklaskała w dłonie z radości. Temu też zawdzięczali, że posadzono ich obok gospodarzy co większość obecnych potraktowała jako rekomendację. Wolański był tutaj znaczną personą, więc wszyscy kłaniali się im i chętnie zapoznawali traktując prawie jak swoich. Robert przedstawiał się jako były żołnierz, któremu powiodło się w życiu, co dodawało im szacunku
w oczach obecnych. Mimo to byli nadal czujni. Wiedzieli, że kiedy kielichy zaczną krążyć a czupryny dymić, wszystko się może zdarzyć. Ze względu na ilość gości stoły ustawiono na dworze. Pozwoliło mu to niepostrzeżenie wylać kilka razy zawartość kielicha pod nogi udając, że wznosi toasty z wszystkimi. W pewnej chwili na końcu stołu zauważył mężczyznę, który z jakiegoś powodu wydawał się znajomy. Szczupła sylwetka, blada cera pod krótko obciętymi włosami coś mu przypominały. Mężczyzna, jak zauważył, mało jadł a pił jeszcze mniej. W pewnym momencie odszedł od stołu na chwilę i wtedy obserwując jego sposób poruszania się doznał olśnienia. Nie znał tego człowieka, ale znał ten typ. Szermierz. Zabójca. W wojsku było takich niewielu, ale włócząc się po gościńcach dobrze poznał ten rodzaj ludzi. Nie potrafili działać w grupie, woleli starcia twarzą w twarz. Zabijanie sprawiało im przyjemność ale robili to głównie dla pieniędzy. Szlachta bez majątku, byli żołnierze z wyrokami na karku. Ludzie bez przeszłości i przyszłości. Co ktoś taki robi na wiejskiej uczcie?
Zaczęły się tańce. Większość gości wstała od stołów, aby tańczyć lub choćby wyprostować nogi. Jakaś młoda szlachcianka wywijała z Piotrem, który uśmiechał się do niej szeroko. W pewnym momencie ktoś wpadł na przyglądającego im się z kielichem w dłoni Roberta. Na szczęście udało mu się nie oblać winem. Odwrócił się oczekując przeprosin i napotkał drwiące spojrzenie nieznajomego zabijaki. Z bliska wydawał się prawie chudy, ale żylaste ramiona i wytarta od używania rękojeść szabli wskazywały na groźnego przeciwnika.
-Cóż się waść gapisz, zamiast przeprosić – zagadnął nieznajomy. Nowy właściciel Żalnic spodziewał się czegoś podobnego, dlatego odparł spokojnie.
-Nie mam za co przepraszać, to waść się potknął!
-Nazywasz mnie niezdarą? A może pijakiem? - oburzył się fałszywie napastnik. - Jesteś oszczercą! Żądam przeprosin! - mówił na tyle głośno, by słyszeli go wszyscy dookoła.
Robert westchnął w duchu. Wolałby przeciwnika kilka lat starszego i parę kilo cięższego, jak on sam. Ale gdy się nie ma co się lubi... A więc taką niespodziankę przygotował mu gospodarz. Wiedział, że będzie miał ciężką przeprawę.
-Nie otrzymacie ich – odparł spokojnie patrząc tamtemu w oczy.
-W taki razie żądam satysfakcji! - Kiedy już padły te słowa, nagle pojawił się gospodarz. Uspokajał, przekonywał, ale robił to tak, że jego starania nie przyniosły skutku. Ponieważ Robert, jak większość gości, nie miał przy sobie broni Piotr poszedł do koni po szablę. Wrócił niosąc również swoją.
-Ojcze – zaczął. – Pozwól mi stanąć za ciebie. Sam uczyłeś mnie robić szablą! - dodał.
-To nie twoja walka – odparł.
-Moja! - postawił się młodzieniec. – Jeżeli coś ci się stanie, będę musiał go zabić!
Robert zastanowił się. Wyglądał jak ojciec martwiący się o syna, ale wiedział że, Nowosielski ma większe szanse w tym pojedynku. Ten nie czekając na odpowiedź zwrócił się do napastnika.
-Kimże jesteś, żałosna persono?
Pierwszy raz od początku całego zamieszania w oczach nieznajomego błysnął gniew.
-Janusz Rokicki, herbu Podkowa. Stawaj! - Cofnął się wyciągając broń. Goście szybko odsunęli się zostawiając im wolne miejsce. Korzystając z tego, że stał obok Wolańskiego Robert zagadał do niego.
-Znacie panie Mścisławie tego osobnika?
-To tutejszy szlachcic. Ojciec majątek przepuścił, więc szablą na utrzymanie zarabia.
-A często się pojedynkuje? - dociekał.
-Nie wiem dokładnie jak gdzie indziej, ale u nas ostatnio będzie ze dwa lata temu. Z poprzednim właścicielem Żalnic! - dodał uśmiechając się złośliwie.
W tym czasie Nowosielski robił przestawienie. Najpierw sprawdził butem twardość podłoża i czy zelówki mu się nie ślizgają, po czym wyjął szablę i poprawiał uchwyt. Jego „ojciec” podszedł do niego i szepnął mu coś na ucho. Ten spojrzał na niego zdziwiony. Kiedy Robert stanął znów obok gospodarza, ten zapytał szyderczo:
-Cóż to za rad udzielaliście synowi?
-Kazałem mu zabić tego osobnika - odparł spokojnie, ignorując zdumienie, które pojawiło się na twarzy rozmówcy.


odcinek 21.


W tym momencie znudzony oczekiwaniem Rokicki skoczył na adwersarza. Zamarkował cios z góry po czym przekręcił szablę chcąc ciąć pod pachę. Dziewczę, które wcześniej tańczyło z Piotrem, pisnęło głośno. Ten spokojnie zablokował cios po czym błyskawicznie przeszedł do ataku zmuszając przeciwnika do odskoku. Rokicki zły, że jego atak został tak łatwo odparty ruszył naprzód. Nastąpiła błyskawiczna wymiana ciosów tak szybka, że prawie nie sposób ją było śledzić. Przeciwnik nacierał, ale Nowosielski stał w miejscu obracając się tylko. Naglę zwinął ciało unikając cięcia i zrobił wypad w bok. Rokicki cofnął się podnosząc rękę do bloku, lecz spóźnił się o ułamek sekundy. Czubek ostrza szabli przejechał po jego szyi, wydawałoby się niegroźnie, ale z rany buchnęła posoka. Z przeciętą tętnicą zrobił krok do przodu, po czym nogi się pod nim ugięły i padł na ziemię. Po kilku sekundach już nie żył. Zaskoczeni szybkością wydarzeń świadkowie stali w ciszy. Przerwał ją dopiero poważny głos Nowosielskiego.
-Chciałem mu tylko odciąć ucho – stwierdził.
Wszyscy naraz ruszyli przed siebie. Część gratulowała młodzieńcowi. Inni pochylali się nad ciałem wygłaszając banalne uwagi w stylu „Kto z szabli żyje przez szablę gnije” albo dziwiąc się, że taka drobna rana go zabiła. Wyglądało na to, że nikt specjalnie nie żałuje śmierci Rokickiego.
Właściciel Żalnic odwrócił się do Wolańskiego i powiedział ironicznie:
-Skoro nie udało wam się powstrzymać pojedynku, to teraz zajmijcie się ciałem!
-Oczywiście, oczywiście – wymamrotał zszokowany gospodarz. Odszedł na bok wołając pachołków.
Goście zaczęli się rozjeżdżać, więc skorzystali z okazji i też się pożegnali. Gospodyni żegnała ich załamując ręce nad nieszczęściem które się wydarzyło i gratulując Piotrowi zręczności. Co chwila z lubością dotykała nowego naszyjnika zawieszonego na szyi.
Kiedy odjechali na sporą odległość od Pogorzewa, Nowosielski zapytał:
Dlaczego chcieliście jego śmierci?
-To on zabił poprzedniego właściciela Żalnic. To był chyba „wasz” człowiek? - odparł.
Aha – Piotr kiwnął głową. Nie odzywali się do siebie więcej przez całą drogę.


odcinek 22.


Z dnia na dzień majątek wyglądał coraz lepiej. Nawet w czworakach, gdzie mieszkała biedota pracująca w dworze, naprawiono dachy i pobielono wapnem ściany. Pewnego dnia nadzorując naprawę dachu na stodole, Robert zwrócił się do Jakuba, najstarszego mieszkańca czworaków.
-Dawno służycie na dworze?
-Będzie już dwadzieścia lat – odparł zapytany nie przerywając roboty.
-Jak tu był Rokicki przyjeżdżał kto do niego w odwiedziny? - dopytywał się szlachcic.
-Ano, właściwie to nikt. Jeno czasem ten wysoki ślachcic, najczęściej po żniwach – uśmiechnął się chytrze Jakub.
-A co wam się w nogę stało? - zmienił temat Robert. Chłop kulał bowiem na prawą nogę, choć nie przeszkadzało mu to poruszać się całkiem żwawo.
-To będzie już ze dwadzieścia lat, jak w piechocie łanowej pod Białymstoczkiem w nogę mnie ranili.
-Byliście żołnierzem? - zdziwił się.
-Jak byłem młody miałem kawałek ziemi – Chłop przerwał pracę i zaczął opowiadać. - Powiadali, że kto do wojska pójdzie z pańszczyzny zwolniony będzie. Więc razem z Jaśkiem Kościanym poszliśmy do łanowej piechoty. On wrócił cały i przez dwa lata pan mu pańszczyzny odrabiać nie kazali. A mnie w nogę ranili. Kiedy doczłapałem się z powrotem powiedzieli mi, że moja Maryśka na suchoty umarła kiedy mnie nie było. Pan zabrał moje pole bo powiedział, że bez żony i kulawy obrabiać nie dam rady. Do dworu mnie wziął na służbę. - Pokiwał głową do swoich wspomnień i wrócił do roboty.
Robert przyglądał mu się przez chwilę.
-Sam byłem żołnierzem i walczyłem pod Białymstoczkiem – odezwał się. -Będziecie dostawać dwa grosze na tydzień za waszą pracę, jako były żołnierz jesteście z powinności panu zwolnieni do końca życia. A ten Jasiek żyje?
-Żyje panie i ma się dobrze. Jako i dawniej nieopodal smentarza ma chałupę, od tego go Kościanym wołać zaczęli i tak już zostało.
-Tedy powiedzcie mu, że dopóki ja tu jestem panem to na odrobek przychodzić nie musi!
Chłop zdjął czapkę i ukłonił się nisko – Dziękuję jaśnie panu!
Szlachcic skinął mu głową w wojskowym ukłonie. – Wracajcie do pracy – powiedział, po czym ruszył do dworu. Kiedy powtórzył rozmowę Nowosielskiemu ten pokiwał głową.
-Teraz wiadomo skąd w Wolańskim taka zawziętość na nas. Wygląda na to, że patronował Niepolskiemu i razem pieniędzmi się dzielili.
-Chce być lokalną personą, żyje wystawnie a to kosztuje – powiedział w zadumie Robert.
-Jego Pogorzewo niewiele od Żalnic większe, przepytałem trochę gości na uczcie. Pewnikiem ciągle brakuje mu pieniędzy.
-Miejscowych nie ruszy bo zabiega o ich względy – podsumował Piotr. – Obcy nikogo nie obchodzą, a jak jeszcze rozeszło się, że z Podgórza...
-Majątku legalnie przejąć nie mógł – wszedł mu w słowo - więc nasłał Rokickiego żeby zabił właściciela, a potem z Niepolskim mogli wspólnie kraść. - Westchnął. - Chciałem z bratem przyjechać, żeby rzucił okiem na gospodarstwo, ale dopóki sytuacja się nie wyklaruje, nie będę go narażał.
-Sami też chyba nieźle sobie radzimy – stwierdził żartobliwie Nowosielski.
Przez następne dni ciągle byli zajęci. Nie tylko nadzorowali chłopów, ale i sami przykładali ręce do pracy. Gnój którego pozostała, po rychtowaniu obory, spora sterta, został rozrzucony na polach. Kamienie zebrane z pól przywieziono do dworu, gdzie mniejszymi głazami zaczęli brukować podwórzec przed dworem. Większe poszły na podmurówkę pod nową chlewnię. Szykowali drewno na zimę. W stodole, którą „dzięki” Niepolskiemu stała pusta, gromadzili siano i słomę kupioną od jednego z sąsiadów za parę groszy. Szlachcic ów, który nie przepadał za Wolańskim, kiedy usłyszał historie o pojedynku, dorzucił im jeszcze do zakupu sporą kopę liści buraczanych. Wykopali więc szybko i wymurowali z kamieni nieduży magazyn na kiszonkę. Spora liczba małych kurcząt oraz kilkanaście prosiąt dawały nadzieję na zarobek w przyszłości, nawet jeśli plony nie będą udane.
Robert postanowił odwiedzić brata i wrócić jeszcze przed zimą. Bał się jednak zostawić majątek bez dozoru. Po raz kolejny z pomocą przyszedł mu sąsiad, Zasiadowid Siemański z pobliskiego majątku Zielolas, od którego kupowali słomę. Jego brat Smudek przez wyjątkowo pechowy zbieg okoliczności stracił majątek i mieszkał u niego kątem. Z radością zgodził się na „zarządcę” majątku na te dwa miesiące ich nieobecności. Robert odbył z nim rozmowę w cztery oczy na temat gospodarstwa, starego Jakuba i paru innych spraw, po której ten wyszedł zamyślony. Następnego dnia sprowadził się do dworu z żoną i trójką dzieci. Zajęli pokoje, które do tej pory stały puste. Przywieźli z sobą nawet trochę mebli.
Można się było spokojnie szykować do podróży. Do Barczewa było dobre dwa tygodnie konno, więc wzięli ze sobą luzaka którego obciążyli zapasami. Nie zamierzali marnować grosza na kupowanie wszystkiego po drodze. Nadszedł dzień wyjazdu. Mała sakiewka przeszła z rąk do rąk i po krótkim pożegnaniu ruszyli w drogę.


odcinek 23.


Była wczesna jesień. Słonko ładnie świeciło czyniąc podróżowanie całkiem przyjemnym. Wielachę ominęli bokiem podążając na zachód najkrótszą drogą. Nocowali po karczmach, ale żywili się głównie własnym prowiantem. Mimo że spotykali wielu podróżujących, większość czasu spędzali tylko we dwóch, czasem rozmawiając, czasem milcząc. Podczas jednej z rozmów Piotr zapytał:
-Panie Robercie, dlaczego mówicie o sobie Robert z Barczewa, Robert z Żalnic a nie przedstawiacie się nazwiskiem?
Zapytany milczał przez chwilę. – Mój świętej pamięci ojciec był zacnym człowiekiem, choć nie był w stanie utrzymać majątku – zaczął. - Ale oprócz umiejętności machania szablą i szlachectwa przekazał mi w spadku nazwisko. A brzmi ono Piczko. W wojsku było przedmiotem wielu drwin, więc przestałem go używać. Ot i cała historia.
Kiedy indziej sam zapytał Nowosielskiego. – Cieszy mnie wasze towarzystwo, ale czy możecie tak ze mną podróżować? Nie wyznaczono wam jakiegoś zadania?
Zapytany potrząsnął głową. – To jest moje zadanie – odparł.
-Mimo, że mój ojciec pochodził z Królestwa, nigdy tu nie byłem. Mam nauczyć się zachowywać jak szlachcic. Jeżeli nie macie mnie dosyć to chętnie pobędę z wami do wiosny.
-Ależ zostańcie jak najdłużej – odparł Robert, którego ucieszyła ta wiadomość. - Nigdy nie mówiliście o swojej rodzinie – dodał.
-Bo nie ma o czym - odparł Piotr. - Matka umarła przy porodzie w czasie gdy ojciec walczył w wielkiej wojnie. Trakowie całkowicie spalili nasz majątek, a łupów nie wystarczyło na odbudowę, więc tatko poszedł na służbę do księcia. Zginął w czasie jednej z wypraw jakieś sześć lat temu.
-A gdzie leży wasza ziemia? - po chwili milczenia zainteresował się Robert.
-Gdzieś na obecnym pograniczu Księstwa i Królestwa. Niebezpieczny to teren, kręcą się tam jedynie zbóje i wilcy. Wygląda na to, że nam Nowosielskim uprawa roli nie jest pisana – pogrążył się w myślach.
Udało im się utrzymać niezłe tempo podróży i kilka dni później dotarli w rodzinne okolice Roberta. Zbliżając się do swojego Barczewa rozglądał się po okolicy wypatrując co zmieniło się od jego ostatniej bytności tutaj. Zauważył, że nieświadomie pogania konia chcąc dojechać jak najszybciej. Cieszył się na spotkanie z bratem i jego rodziną, dlatego na podwórzec przed dworem zajechali prawie galopem. Pierwsza wybiegła na ich powitanie dwójka dzieci jego brata, Wisus i Salinka. Pamiętały wuja z poprzedniej wizyty i podskakiwały radośnie dookoła czekając, aż zsiądą i uwiążą konie. Po chwili wyszli z dworu ich rodzice. Bratowa uściskała go z radosnym uśmiechem, ale jej mąż Marku miał poważną minę. Po powitaniach i przedstawieniu im Nowosielskiego wziął brata na stronę.
-Musimy porozmawiać – zaczął z poważną miną. – W coś ty się wplątał? Dostałem list od Karola ze stolicy. Pisał, że podobno kupiłeś majątek! Nie mów mi tylko, że włócząc się po gościńcach uczciwie zarobiłeś tyle pieniędzy! - Wpatrywał się w niego tak zmartwionym wzrokiem, że Robert nie wytrzymał. Roześmiał się w głos.
-Panie Piotrze – zawołał. – Ratujcie mnie przed pomówieniami! Własny brat oskarża mnie, że rabuję ludzi na drogach!
Nowosielski, który właśnie komplementował panią domu za ogród koło dworu, odwrócił się do nich.
-Bo rabujecie! - odparł uśmiechając się pod nosem. – A właściwie łapiecie takich co rabują! Wasz brat oddał wielkie usługi mojemu księciu w czasie pościgu za bandytami więc ten zaproponował mu przejście na służbę. Majątek to po prostu zapłata z góry za pięć lat służby.
Marku z ulga przycisną brata do piesi. – Chwała bogom! Myślałem, że zgłupiałeś już do cna włócząc się samotnie. Wiedziałem, że Podgórze jest bogate, ale żeby za kilka lat służby rozdawać majątki… - pokręcił głową.
-A co to za majątek! Jedna wielka ruina! - wzniósł oczy do nieba.
-Nie stójmy na dworze! Zapraszam na pokoje – zwrócił się do nich gospodarz. – Opowiecie mi wszystko po posiłku. Czas na obiad!
Marku, mimo że starszy od niego tylko kilka lat. przyjmował zawsze wobec niego ojcowski ton. Nie przeszkadzało mu to. W czasie pobytów w Barczewie miał zawsze dobry humor.
Kiedy zaspokoili głód przenieśli się do ogrodu. Popijając arbatę zaczął opowiadać o Żalnicach. Jego brat, który bardzo szybko zaczął traktować Nowosielskiego jak członka rodziny, pokiwał ze smutkiem głową nad nieuczciwością Niepolskiego i Wolańskiego i złapał się za głowę kiedy usłyszał o pojedynku. Później szczegółowo wypytywał ich o budynki i pola. Kiedy odpoczęli. udali się do stajni po swoje rzeczy. Bratowa przyłapała ich jak częstowali dzieci kupionymi wcześniej łakociami, ale tylko pogroziła im palcem i poszła szykować pokoje gościnne.


odcinek 24.
Wieczorem wszyscy usiedli w salonie. Ponieważ wieczór zrobił się chłodny, napalono w kominku. Robert wpatrywał się w płomienie i po raz pierwszy od dawna był spokojny i rozluźniony. Kiedy gospodarz przyniósł gąsiorek wina, jego żona zabrała dzieci spać. Usiedli we trójkę. Najpierw Marku próbował przedstawić mu rozliczenie finansowe majątku, ale wobec jego braku zainteresowania dał sobie spokój. Zamiast tego zaczął zadawać im szczegółowe pytania dotyczące Żalnic i kiwał głową z politowaniem, kiedy nie umieli na któreś odpowiedzieć. Kiedy dowiedział się, że na tymczasowego zarządcę wynajęli człowieka, który sam stracił majątek wzniósł oczy do nieba jakby wzywając pomocy. Nagle palnął się w głowę ręką tak mocno, aż podskoczyli.
-Przecież ja mam list dla ciebie! Przyszedł jakiś tydzień temu! - zawołał. Wyszedł i wrócił po chwili z pismem. Robert przyjrzał się pieczęci. Był na niej prosty znak, który mu nic nie mówił. Przełamał ją więc i rozwinął pismo. Wewnątrz był tylko kolejny list. Tym razem zaadresowany do Nowosielskiego, który wziął od niego pismo i podszedł do ognia. Obejrzał pieczęć a potem otworzył i przez chwilę czytał.
-Pytaliście wcześniej czy nie mam jakiegoś zadania – zwrócił się do Roberta. – Teraz już mam.
Zastanawiał się przez chwilę. Podszedł do nich i pokazał przełamaną pieczęć z takim samym znakiem jak na pierwszym liście. - Jeżeli list ma taki znak to nie jest pilny – oświadczył, po czym narysował na odwrocie karty dwa kolejne znaki.
-Ten znak będzie na pilnej wiadomości, a trzeci oznacza niebezpieczeństwo. Nawet jeżeli treść listu mówi co innego – podkreślił. Podszedł do kominka i cisnął list w ogień.
Bracia siedzieli przez chwilę w milczeniu. W końcu starszy nalał wina do kubków i stwierdził - Myślę, że nie miałem racji. Praca, której się podjąłeś, może być warta więcej niż Żalnice – dodał, widząc ich zdziwione spojrzenia.
Jakiś czas później gąsiorek był pusty, a ponieważ gospodarz nie zaproponował następnego, pożegnali się i poszli spać.
Rano Piotr przekazał mu treść otrzymanej wiadomości. Kupca, którego odwiedzili, napadnięto, okradziono i pobito w jego domu. Uznali, że jeżeli chcą zbadać tę sprawę nie muszą się spieszyć. Ich pojawienie niedługo po całym zajściu zostało by zauważone. Spędzili więc kilka dni odpoczywając i zwiedzając okolicę, po czym powoli zaczęli zbierać do odjazdu. Okazało się, że Marku jedzie z nimi. Postanowił osobiście zapoznać się z nowym majątkiem Roberta i za nic nie mogli mu tego wyperswadować.
-Z wami nic mi się nie stanie a o Żalnice zadbać trzeba- stwierdził zdecydowanie. -Kilka dni rozmowy z tym waszym, ratujcie bogowie, „zarządcą” może zdziałać cuda. Ty zaraz gdzieś wyjedziesz i kto wie co tam się będzie działo.
Ponieważ miał dużo racji, pogodzili się z jego decyzją. Ustalili, że odprowadzą go potem do stolicy, skąd już sam wróci do domu.
Dwa tygodnie później, gdy zajechali do nowego majątku Roberta, okazało się, że jego brat miał rację. Najpierw miło zaskoczył ich widok majątku. Podwórzec był w dużej części wybrukowany. Dworek świeżo odmalowany błyszczał z daleka. Obok domu wygrodzono i przygotowano miejsce na ogród warzywny. Stary sad za dworem został oczyszczony. Budynki gospodarcze nosiły świeże ślady napraw. Po powitaniu, trochę przestraszony Siemański poinformował go, że ze względu na szczupłe zapasy zdecydował się na ubój jednej ze świń. Pokazał im kiełbasy, szynkę i boczek wędzony w spiżarni. Obok garnców ze smalcem i skwarkami z cebulą stało kilka pojemników z powidłami. Zebrane w sadzie śliwy, gruszki i jabłka leżały na półkach lub były popakowane w butle i słoje. Po obiedzie osiodłali konie i we czworo wyruszyli na pola. Robert początkowo uważnie przysłuchiwał się rozmowie Markusa ze Smudkiem, ale kiedy doszło do omawiania płodozmianu, planu nawożenia czy wyboru odmian machnął na to ręka i razem z Piotrem wyruszyli na objazd majątku.
Przez trzy kolejne dni musieli zadowalać się tylko swoim towarzystwem. Siemański chodził prawie bez przerwy za jego bratem. Kiedy tylko spotkali go samego, powtarzał w kółko, że pan Markus to bardzo mądry człowiek.
Odbyli rozmowę ze starym Jakubem, który potwierdził dobre traktowanie. Przy okazji przekazał, że kilku najbogatszych gospodarzy chciałoby się wykupić od pańszczyzny. Robert zaproponował podwójną dniówkę robotnika rolnego za każdy dzień zwolnienia. Powiadomił brata, proponując by za te pieniądze zatrudnić biedotę wiejską co ten pochwalił, ale był to jego jedyny wkład w rozwój majątku. Czwartego dnia zaczęli szykować się do drogi powrotnej. Wyjechali dzień później, bo Smudek uparł się, że pan Markus „musi” odwiedzić jego brata w Zielolasie. Nie było ich cały dzień a kiedy wrócili brat, oświadczył Robertowi, że Smudek zajmie na stałe połowę dworku i będzie zajmował się majątkiem w zamian za udział w zyskach. Pozostało mu tylko spisać ugodę, co też zaraz uczynili. Następnego dnia wyruszyli w kierunku stolicy. Nim opuścili okolicę trzy razy stawali na pogawędkę z napotkanymi na gościńcu sąsiadami informując ich przy okazji, że Siemański jest zarządcą w Żalnicach. Dwa dni później Robert pożegnał brata wracającego do siebie do domu. Sam z przyjacielem zatrzymał się w tej samej karczmie na podgrodziu co poprzednio. Od kilku dni zapuszczał wąsy, co razem ze zmianą ubrania miało mu zapewnić anonimowość. Nowosielski kupił sobie kapelusz spośród tych, jakie ostatnio były modne wśród młodej szlachty. Tak przebrany obszedł okolicę domu kupca, ale nie zauważył niczego podejrzanego. Następnie szlachcic z Barczewa udał się tam podając za klienta. Kobieta, która otworzyła drzwi, zaprowadziła go do izby na parterze. Kupiec przywitał go podpierając się laską. Kiedy usłyszał hasło, wskazał mu krzesło i sam usiadł obok.


odcinek 25.


-Widzę, że jeszcze nie wydobrzeliście – zaczął Robert. Jego rozmówca westchnął.
-Porządnie mnie obili. Nie spieszyli się. Żona była u rodziny a służąca miała wychodne. Mieli czas przewrócić cały dom do góry nogami.
-Znaleźli coś? Wypytywali was?
-Zabrali szkatułę z gotowizną i wszystkie listy. O nic nie pytali. Nic ważnego znaleźć nie mogli, bo nie trzymam żadnych papierów, wszystko mam w głowie – Kupiec spojrzał na niego uważnie. - Co zamierzacie?
-Macie jakieś podejrzenia? Coś widzieliście? Wiecie, że wasz dom był obserwowany? - odpowiedział pytaniami.
-Ten, co się tu kręcił, pracuje dla każdego za parę groszy. Widywałem go czasami w karczmie „Pod dzikiem” na Szewskiej. A z napaści nic nie widziałem. Ocknąłem się jak zarzucili mi szmatę na głowę. Bili o nic nie pytając – zakończył żałosnym głosem.
-Zdrowiejcie. My się tym zajmiemy – stwierdził szlachcic wstając.
-Mam nadzieję, że ich znajdziecie – rzucił gospodarz.
-O to możecie być spokojni!– odparł uśmiechając się groźnie.
Po wyjściu ruszył powoli przed siebie. Po upewnieniu się, że nikt go nie śledzi, dołączył Nowosielski. Szli powoli omawiając posiadane informacje.
-Mimo wszystko przydałaby się pomoc – podsumował Robert.
-Znam jeszcze jeden adres, ale zwrócić się tam możemy tylko w ostateczności – Piotr pokręcił głową. – Musimy sami sobie poradzić.
-Niekoniecznie – pan z Barczewa stanął i wskazał coś ręką. Ukryty w bramie stał mały złodziejaszek, którego kiedyś poznali.
Wieczorem siedzieli we dwójkę w karczmie „Pod dzikiem”, popijając piwo. Ktoś podsłuchujący usłyszałby tylko rozmowę dwóch szlachciców o zarządzaniu majątkiem. Postanowili, że w razie potrzeby będą tu zachodzić przez kilka dni, ale mieli szczęście. Osobnik, którego szukali, wszedł do środka i dosiadł się do trzech mężczyzn siedzących pod przeciwległą ścianą. Był nawet w tym samym brudnym ubraniu.
Bez pośpiechu dopili piwo i wyszli na zewnątrz. Zostawało tylko zaczekać. Zaczęło się robić ciemno. Ruch na ulicach zmalał, co im odpowiadało. Mężczyzna w zielonym kubraku wyszedł sam z budynku i ruszył ulicą. Robert poszedł za nim. Po kilkunastu metrach śledzony odwrócił się i rozejrzał. Ruszył dalej, ale po chwili obejrzał się znowu. Kiedy zobaczył jak szlachcic przyspiesza kroku, zaczął biec i wpadł prosto na Piotra, który wyszedł z bocznej uliczki.
-Przepraszam – mruknął młodzieniec i zdzielił go pięścią w żołądek. Zgięty w pół mężczyzna próbował wyciągnąć spod kubraka nóż, ale drugie uderzenie go rozbroiło. W tym momencie podbiegł do nich Robert i poczęstował go kopniakiem. Napadnięty przewrócił się. Złapali go pod ramiona i zaciągnęli do pobliskiej bramy. Kiedy udało mu się nabrać powietrza, żeby wezwać pomocy, otrzymał cios w splot słoneczny, który znów pozbawił go tchu. Piotr spokojnie przystawił mu do gardła jego własny nóż.
-Pogadamy, czy poszerzyć ci uśmiech? - zapytał. Człowiek w zielonym kubraku zachrypiał
-To na pewno jakaś pomył… - przerwał, gdy nóż naciął mu skórę na gardle. Próbował odchylić głowę.
-Na pewno pomyłka – potwierdził Piotr uśmiechając się. - Dlatego podasz mi nazwisko osoby, która kazała ci śledzić kupca z ulicy Solnej a ja cię nie zabiję.
-Aha. Jeżeli powiesz coś więcej albo mnie okłamiesz, to podetnę ci gardło – dodał, nadal się uśmiechając.
Mężczyzna zrobił wielkie oczy. Przez chwilę milczał, ale kiedy nóż znowu dotknął jego szyli wychrypiał – Kupiec Aldonius!
Młodzieniec uderzył nożem, i kiedy jego ofiara pisnęła i zamknęła oczy ze strachu, złamał ostrze o mur koło jego głowy.
-Żebym cię więcej nie spotkał – powiedział groźnym głosem. Razem z Robertem odwrócili się i odeszli bez słowa. Mężczyzna pozbierał się i wstał. Przycisnął do krwawiącej szyi kawał szmaty wyciągnięty z kieszeni i ruszył spiesznie przed siebie co chwila rozglądając się dookoła. Mimo swojej ostrożności nie zwrócił uwagi na małego złodziejaszka przemykającego się sąsiednimi ulicami.
Niedługo później dzieciak pokazywał Robertowi trzypiętrowy budynek, pięknie zdobiony rzygaczami po obu stronach wejścia.
-Wszedł tutaj – zapewnił. – Do domu kupca Barbasza, członka rady miejskiej. Potem wybiegł, popędził w stronę bramy flisackiej. Rano pewnie będzie już na tratwie zbożowej płynącej w dół rzeki.


odcinek 26.


Odprawili chłopaka i zaczęli się zastanawiać co dalej. Najważniejszym pytaniem było czy kupiec działa sam, czy też na czyjeś zlecenie. Nie mogli ciągle obserwować jego domu bez wzbudzania podejrzeń. Postanowili więc zdobyć najpierw trochę informacji. Przez kilka dni próbowali dowiedzieć się jak najwięcej o wszystkich członkach Rady Miejskiej. Jeszcze raz udali się do napadniętego podgórzanina. Słuchali plotek. Posunęli się nawet do tego, że Piotr w przebraniu udawał młodego, niedoświadczonego kupca, który właśnie przybył do stolicy. W karczmie, gdzie spotykali się mniej znaczący przedstawiciele tego zawodu, stawiał każdemu kto opowiadał mu jak się robi interesy w mieście. Miejscowi, śmiejąc się za jego plecami, opowiadali mu mniej lub bardziej prawdziwe historie łącznie z najdzikszymi teoriami jak to członkowie Rady handlują towarami z rabunku albo sprzedają towary należące do szlachty, której nie wypada zajmować się handlem. Przeanalizowali później wszystkie te historie pod kątem posiadanych informacji. Większość odrzucili, jak choćby ulubioną historię Roberta, że kupiec Aldonius dorobił się majątku okradając groby. Założyli, że jeżeli ktoś z członków Rady Miejskiej podejmuje działania przeciw Podgórzu, to nie czyni tego sam, ale we współpracy z którymś z magnatów. Jedna z plotek krążących po mieście mówiła, że Aldonius sprzedaje towary należące do Grafa Wyhodzkiego. Inna oskarżała Barbasza o handel kradzionymi towarami. Kilka razy wybierali się więc oglądać składy gdzie przechowywał swoje towary. Byli też na przystani obserwując wyładunek z tratw, lecz oprócz wiedzy jak dyskretnie dać łapówkę, żeby przyspieszyć kontrolę celną, niczego się nie dowiedzieli. Powoli skłaniali się ku podjęciu bardziej drastycznych kroków, gdy dopisało im szczęście. Kiedy powtórnie obserwowali jeden ze składów Barbasza, kupiec przybył tam osobiście. Po spędzeniu wewnątrz dłuższego czasu wyszedł w towarzystwie trzech mężczyzn. Stanęli na środku placyku przed składem, więc nie sposób ich było podsłuchać, ale nie miało to znaczenia. Byli to ci sami mężczyźni, z którymi spotkał się w karczmie ich „przyjaciel”, zanim opuścił w pośpiechu miasto kilka dni wcześniej.
-Trzeba ich obserwować – stwierdził Piotr. - Jeżeli to oni napadli na „naszego” człowieka, sprawa byłaby jasna.
-Niekoniecznie – Robert pokręcił głową patrząc za odchodzącymi mężczyznami. – To tylko płotki. Kupiec sam z siebie raczej też nie odważyłby się zadrzeć z Księciem.
-Może to tylko rozgrywki handlowe? - Podrapał się po głowie młodzieniec.
Śledzili mężczyzn aż do jednej z nocowalni wynajmującej pokoje samotnym mężczyznom. Po dłuższej chwili spędzonej wewnątrz cała trójka udała się do pobliskiej, dosyć podłej karczmy. - Pewnie na kolację - pomyślał szlachcic, któremu zaburczało w brzuchu. Nie weszli za nimi, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Zaczęło się robić ciemno. Gdyby nie spotkanie z kupcem, śledzenie nieznajomych nie miałoby najmniejszego sensu. Mogli liczyć jedynie na łut szczęścia.
Przyjaciele właśnie zastanawiali się co dalej, kiedy mężczyźni wyszli i bez pośpiechu skierowali w dół ulicy. Była już noc i straż miejska zaczęła zapalać latarnie na rogach ulic. Ruch zmalał i aby nie dać się dostrzec, musieli zwiększyć odległość do śledzonych. W pewnym momencie tamci skręcili w boczną uliczkę. Kiedy tam dotarli już ich nie było.
-I co teraz? - zapytał Piotr kiedy obeszli już okolicę.
-Idziemy pod magazyn Barbasza – zdecydował Robert. Kiedy dotarli na miejsce, przyczaili się za rogiem sąsiedniej kamienicy. Przed składem stał wóz. Nagle nie wiadomo skąd pojawili się trzej śledzeni przez nich mężczyźni i wskoczyli na niego bez słowa. Woźnica cmoknął na konia i pojazd ruszył. Za nim po cichu podążały dwie postacie.
Wóz nie jechał daleko. Po kilkuset krokach było wiadomo, że zmierza do bramy flisackiej. Było to dziwne, bo w nocy wszystkie bramy były zamykane.


odcinek 27.


Przy murze nie paliły się żadne światła. Woźnica podjechał do bramy i zaczął zawracać. W tym czasie trzej mężczyźni zeskoczyli i zniknęli w ciemnościach. Przyjaciele krok po kroku podkradli się bliżej. Usłyszeli szmery i ciche skrzypnięcie po czym zapadła cisza. Woźnica zsiadł z kozła i założył na łeb konia worek z obrokiem. Z ciemności wyszły trzy postacie, z których każda dźwigała coś na plecach. Złożyły pakunki na wozie i poszły z powrotem.
-Ciekawe co to? - szepnął Piotr. - Gdyby nie woźnica, można by zerknąć.
Robert, który był głodny i miał dosyć tego całego śledzenia, nie odpowiedział. Pochylił się i wyciągnął z buta onucę, po czym zagarnął do niej śmiecie, piach i błoto, które zebrały się na krawędzi drogi. Kiedy zawinął materiał i zakręcił, powstała dość ciężka podłużna kiszka.
Ruszył przed siebie powoli, trzymając się ścian budynków, gdzie nie docierało nawet światło gwiazd i księżyca. Poczekał, aż mężczyźni złożą na wozie kolejną dostawę i kiedy zniknęli, wyszedł z ciemności za plecami woźnicy. Ten do ostatniej chwili nic nie słyszał. Kiedy „kiszka” zatoczyła łuk i walnęła go w głowę, osunął się po cichu w ramiona szlachcica.
Razem z Piotrem ułożyli go na bruku i podeszli do wozu. Zaczęli odwijać jeden z leżących tam pakunków. Ich oczom ukazała się bela, śliskiego i miękkiego w dotyku, materiału. Usłyszeli kroki, więc przykucnęli za wozem. Trzej mężczyźni noszący pakunki zrzucili swój ładunek i odeszli. Przyjaciele zaczęli po cichu skradać się z powrotem gdy ostatni z tragarzy, widocznie zaniepokojony brakiem woźnicy, obejrzał się za siebie. Rozległo się ciche zawołanie i trzej mężczyźni ruszyli w ich stronę wyciągając zza pazuchy noże. Nie było sensu się ukrywać, więc wyszli im naprzeciw, stając tak, by wóz uniemożliwiał zajście ich od tyłu.
-Może rozejdziemy się każdy w swoją stronę – zaproponował Robert. Tamci nie odpowiedzieli. Westchnął i w tym momencie stojący najbliżej niego skoczył unosząc nóż. Szlachcic machnął trzymaną w ręku „kiszką” chcąc wytrącić mu broń, ale przeciwnik z łatwością uniknął ciosu, zrobił wypad w bok, broń nie wiadomo jak pojawiła się w jego drugiej dłoni. Wyprowadził pchnięcie a oczy zrobiły mu się nagle bardzo duże. Złapał się za krocze, a nóż który ciągle trzymał w ręku, skaleczył go w udo. Dopiero teraz wydał ni to jęk ni to skrzek. Robert opuścił nogę i spojrzał na Nowowiejskiego. Jeden z pozostałych napastników leżał z zakrwawioną twarzą i, co było wyraźnie widać, złamaną ręką. Drugi machnął nożem i odskoczył szykując się do ucieczki. Piotr podniósł nogę i wykonał kopnięcie trafiając go w głowę i ewidentnie od razu pozbawiając przytomności. Pan z Barczewa skrzywił się na myśl, że miałby tak się rozciągnąć. Bolało go od samego patrzenia. Pochylił się żeby poprawić but, który z braku onucy uwierał go w stopę, kiedy z ciemności od strony bramy wybiegł strażnik z halabardą. Nie zauważając pochylonego za wozem mężczyzny minął go i natarł na młodzieńca. Ten podniósł ręce do góry i spokojnie mu się przyglądał. Po chwili ciche łupnięcie „kiszki” w ręku szlachcica zakończyło sprawę.
-Lepiej stąd znikajmy – stwierdził Robert. W sąsiednich domach zaczęły zapalać się światła.
-Niedługo zbiegnie się tutaj połowa miasta.
Jakiś czas później siedzieli w karczmie na drugim końcu stolicy starając się wyglądać jakby spędzili tam cały wieczór. Nie pozostało im nic innego jak czekać na poranny ruch.


odcinek 28.


Nad ranem jako ostatni opuścili karczmę „U rybaka”, żegnani przez ziewającego właściciela. Udali się na rynek, gdzie pierwsi handlujący otwierali stragany. Mimo wczesnej pory panowało tam spore ożywienie. Kupując bułki i mleko na śniadanie, usłyszeli trzy wersje wydarzeń z ostatnie nocy a każda bardziej fantastyczna. Ruszyli pod dom Barbasza. Pogryzając świeże pieczywo obserwowali budynek. W domu panował ruch. Parę osób weszło |i wyszło, ale kupca nie było widać. Robert rozdziawił usta, aż zatrzeszczała mu szczęka..
-Idźcie do karczmy, przespać się trochę – zaproponował młodzieniec. - Ja będę obserwował dom, w południe mnie zmienicie. Szlachcic miał zaprotestować, ale zamiast tego tylko ziewnął.
-Dobrze, przyjdę w południe - poddał się.
Kilka godzin później, kiedy z powrotem przekraczał bramy Wielachy, dzwon na wieży ratusza wybijał dwunastą. Kiedy dotarł do druha, ten szybko zdał mu relację z całego przedpołudnia.
-Do domu przyszedł człowiek w mundurze i kupiec poszedł z nim do siedziby straży miejskiej. Pewnie wezwali go, żeby wyjaśnił co jego ludzie robili pod bramą w nocy.
Uśmiechnął się złośliwie.
-Oprócz tego nie pojawił się nikt znaczny. Tylko służba.
-Idźcie odpocząć, popilnuję do wieczora – odparł Robert. Nowosielski skinął głową. Nie protestował, choć oprócz podkrążonych oczu nie widać było po nim zmęczenia. - Młodość! - pomyślał melancholijnie szlachcic opierając się o mur. Wiedział,
że czeka go kilka godzin nudy. Rzeczywiście, do wieczora Barbasz nie ruszył się z domu. Słońce było nisko i Robert wypatrywał już Piotra, gdy na progu domu pojawił się odświętnie ubrany kupiec
w towarzystwie sługi z latarnią. Wyglądało na to, że ma zamiar wrócić po zmroku. Szlachcic ruszył za nim w pewnej odległości. - Dokąd on się wybiera taki wystrojony? - zastanawiał się. - Chyba nie do zamtuza!
Kupiec szedł szybko i po chwili jasne było, że zmierza na zamek. Robert ucieszył się. Czyżby śledzony biegł do swojego wspólnika
z prośbą o pomoc w kłopotach? Przechodzili właśnie przez jedno
z miejskich targowisk, gdy jego uwagę zwróciło jakieś zamieszanie. Mały złodziejaszek z bułką w ręku zręcznie uciekał dwóm o połowę od niego większym pomocnikom piekarskim. Zgubił ich między straganami, ale jakaś rozwrzeszczana przekupka wskazała im kierunek. Kiedy chłopak przebiegał koło niego złapał go za kołnierz
i schował za siebie, przyciskając do ściany.
-Tam pobiegł!- zawołał do dwóch zadyszanych, młodzieńców
w ubraniach oprószonych mąką. Ci skinęli głowami
w podziękowaniu i pobiegli we wskazanym kierunku. Szlachcic zły na opóźnienie rozejrzał się. Na szczęście Barbasz nie odszedł daleko. Robert spojrzał na znajomego złodziejaszka, który już zaczął jeść skradzioną bułkę. Wyglądał marnie.
-Idź na podgrodzie do karczmy „Pod dzikiem” i czekaj tam na mnie! - warknął na chłopaka, po czym odruchowo sprawdził czy nadal ma sakiewkę i ruszył za kupcem.
Niedługo potem Barbasz, zostawiając przed bramą pachołka
z latarnią, wszedł na teren zamku. Idącego za nim szlachcica zatrzymała straż. Przepuścili go, gdy oświadczył, że idzie odwiedzić bratanka z Akademii Królewskiej.
-Tylko pospieszcie się waszmość! - zawołał za nim strażnik. - Po zmroku wolno przebywać w zamku tylko mieszkańcom!
Robert machnął ręką, że usłyszał, ale miał problem. Kupcowi przestało się nagle spieszyć. Szedł przed siebie powoli, rozglądając się wokół i spoglądając co jakiś czas na zegar wieżowy. Wyglądało na to, że jego zakaz nie dotyczy. Szlachcic podjął decyzję i ruszył szybko w kierunku Akademii. Nie miał wyboru.
Kiedy odnalazł bratanka tan był właśnie sam w pokoju.
-Wujku! - zawołał wyraźnie uradowany, ale Robert nie dał mu dojść do słowa.
-Możemy wyjść na dwór? - zapytał i wyciągnął zdziwionego bratanka na podwórzec.
-Widzisz tamtego człowieka? - nieznacznie wskazał młodzieńcowi
o kogo mu chodzi.
-Bruździ mi w interesach. Chciałbym się dowiedzieć z kim się spotka. Możesz go poobserwować? - zapytał.
-Oczywiście! - chłopak choć zaskoczony, stanął na wysokości zadania.
-Tylko nie daj się zauważyć! - przestrzegł go. - Jego wspólnik może być kimś ważnym na dworze! Jutro po południu spotkamy się
w karczmie „U rybaka” - wcisnął chłopcu w dłoń kilka monet. Słońce już zachodziło, uściskali się więc i szlachcic ruszył w kierunku bramy. Oglądając się, widział Barbasza bez pospiechu spacerującego po zamkowym podwórcu.
Kiedy wrócił pod dom kupca, zastał tam czekającego Piotra.
-Jakieś nowiny? - zapytał widząc idącego w pośpiechu Pana
z Barczewa.
-Opowiem wam po drodze, wracajmy do karczmy zanim zamkną bramy miejskie – odpowiedział szlachcic.


odcinek 29.


Ruszyli przed siebie. Zanim doszli do murów, opowiedział przyjacielowi co robił przez całe popołudnie. Zdążyli w ostatniej chwili. Kiedy minęli bramę zwolnili i już bez pośpiechu podążali
w kierunku swojej karczmy.
-Jak się powiedzie, dowiemy się przynajmniej z kim na dworze ma konszachty nasz „szacowny” członek rady miejskiej – podsumował Nowosielski.
-Albo i nie – Robert po niewczasie zaczął się martwić o swojego bratanka. – Chłopaka raczej nie wpuszczą do pałacu bez powodu.
Zapadł zmrok. Byli już blisko swojego noclegu, gdy z ciemności wynurzył się mały oberwaniec.
-Aaa – uśmiechnął się szlachcic - zapomniałem o naszym „przyjacielu” - wskazał na chłopca.
Chłopak ukłonił się ironicznie – Za to inni o waszmości nie zapomnieli! Mam na myśli tych sześciu uzbrojonych drągali
w waszej karczmie – dodał.
-Gdzie ich widziałeś? - Pan z Barczewa momentalnie spoważniał.
-W głównej izbie, kiedy chciałem zajrzeć czy waszmościów tam nie ma. Obwieszeni bronią, jakby szli na wojnę! - uśmiechnął się. - Wolałem poczekać na ulicy.
Nie zdążył mu odpowiedzieć, bo w tym momencie usłyszeli kroki kilku osób.
Piotr rzucił dzieciakowi monetę. – Znikaj stąd!- mruknął. Chłopak momentalnie rozpłynął się w ciemnościach.
Z naprzeciwka pojawiło się kilku mężczyzn. Robert szybko ich policzył. Siedmiu! A więc był jeszcze jeden, który pewnie czekał na zewnątrz i zauważył jak nadchodzą. Mimo że nadchodzący poruszali się powoli, wychwycił uchem znajomy dźwięk. Mieli pod ubraniami kolczugi. Przyjrzał się uważnie. Przy pasach nosili broń, ale z niej nie korzystali. Każdy ściskał w ręku dłuższą niż ramie lagę
z grubego drewna.
-Pewnie dębowe - pomyślał. Taka pałka z łatwością mogła złamać szablę. Rozstawili się w poprzek drogi. Ich dowódca wystąpił na przód. Mimo zwykłego ubrania poruszał się sztywno z podniesioną głową. Typowy oficer w przebraniu.
-Waszmościowie wyjedziecie ze stolicy i więcej tu nie wrócicie. Jak tylko staniecie na nogi – dodał i machnął ręką nie czekając na odpowiedź.
Jego ludzie postąpili naprzód unosząc pałki.
Robert zerknął na przyjaciela. Nie mieli szans. Piotr mógł wyjść
z tego cało. Uciekając z łatwością zgubiłby w ciemnościach napastników w ciężkich kolczugach. Przekonał się jednak już wcześniej, że ten go nie zostawi. Przyjaciel spojrzał na niego
i uśmiechnął szeroko jakby wiedział o czym myśli. Wyciągnął broń
a szlachcic za nim.
Nie zrobiło to na napastnikach żadnego wrażenia. Ruszyli przed siebie próbując ich otoczyć. Nie chcąc do tego dopuścić Robert zaatakował pierwszego z lewej. Ten z łatwością odbił cios
a szlachcica przed pałką jego sąsiada uratował tylko szybki odskok. Nowosielskiemu nie wiodło się lepiej. Wprawdzie jego cięcie dosięgło celu, ale szabla ze zgrzytem ześliznęła się po kolczudze. On sam musiał wykorzystać całą swą gibkość, aby uniknąć uderzeń. Cofnęli się a napastnicy spokojnie ruszyli za nimi. Pan z Barczewa pomyślał o małym, dwulufowym pistolecie, który miał przy sobie. Jego kule nie były w stanie przebić metalu, ale mógł się przydać.
W tej sytuacji nóż w rękawie Nowosielskiego wydawał się jeszcze mniej skuteczny. Szlachcic zamarkował atak i w ostatniej chwili odskoczył cofając się przed uniesionymi pałkami. Drugą ręką wyciągnął zza pazuchy pistolet i robiąc zygzak szablą jednocześnie odciągnął kurki. Miał tylko nadzieję, że proch nie obsypał się
z panewek. Wydawało się, że z powodu ciemności przeciwnicy nie dostrzegli jego manewru, ale nagle zmienili taktykę i dwóch środkowych napastników rzuciło się na niego. Cofnął się wiedząc,
że nie zdąży, gdy doskoczył do nich Piotr odbijając ciosy razem
z nim. Wykorzystali to pozostali otaczając ich i przypierając do ściany sąsiedniego budynku. Nie było się już gdzie cofać.
Szlachcic uniósł ostrze i zaatakował, jednocześnie naciskając spusty w pistolecie. Tylko jedna z rur wypaliła. Kula trafiła w pierś przeciwnika, który zgiął się i padł. Drugi, zaskoczony, spóźnił się
z reakcją i dostał szablą nisko w nogę. Przewrócił się przeklinając. Kiedy przyjaciele skoczyli w powstałą lukę, próbował uderzyć ich pałką, więc Nowosielski przebiegł po nim kopiąc go przy okazji
w głowę. Znaleźli się w tej samej sytuacji co poprzednio z tym,
że teraz to oni byli plecami do karczmy. Dowódca napastników zniecierpliwiony przedłużającym się starciem wyciągnął szablę
i dołączył do swoich ludzi. Za jego plecami trafiony kulą mężczyzna usiadł i zaczął kasłać. Nie był ranny, ale wyglądał jakby kopnął go koń.
Robertowi skończyły się pomysły. Ścisnął mocniej szablę szykując się do starcia.


odcinek 30.


Jeden z przeciwników zachwiał się i przewrócił. Szlachcic wytężył wzrok i zobaczył na czarno ubranego mężczyznę, który podniesioną z ziemi lagą zdzielił w kolano następnego napastnika. Ten krzyknął padając. Pozostali mężczyźni obejrzeli się za siebie a wtedy przyjaciele zaatakowali. Robert odbił uniesioną pałkę i zwarł się z przeciwnikiem. Ten był nadspodziewanie silny, więc szlachcic uderzeniem głowy złamał mu nos i uderzył z kolana w podbrzusze. W tym czasie Piotr młynkiem wytrącił swojemu przeciwnikowi broń z ręki, po czym huknął go pięścią w skroń i poprawił płazem szabli
z drugiej strony. Ten nieprzytomny osunął się na ziemię. W tym czasie dowódca zaatakował ubranego na czarno napastnika. Jedno potężne uderzenie dębowego kija i szabla rozleciała się na dwa kawałki. Zapadła cisza. Stali we czworo wpatrując się w siebie, po czym Pan z Barczewa spojrzał na leżących, z których trzech nadal ściskało broń w ręku.
Coś jeszcze? - zapytał cicho. Ci spojrzeli na siebie i szybko odrzucili pałki pokazując puste dłonie. Robert zrobił dwa duże kroki
i z zamachu kopnął między nogi, stojącego wciąż z ułomkiem szabli w ręku, przebranego oficera. Ten zgiął się w pół, padł na ziemię
i zwymiotował.
Przyjaciele razem ze swoim wybawcą bez słowa ruszyli w kierunku karczmy. W głównej izbie nie było nikogo. Szybko zabrali swoje rzeczy i wybiegli do stajni. Nie było widać ani karczmarza ani nikogo z obsługi czy gości. Osiodłali i objuczyli konie.
Chodźcie za mną – powiedział ubrany na czarno mężczyzna. - Musicie zniknąć z miasta. - Ruszył przed siebie.
Nie dzisiaj! - Robert zatrzymał się. - Jutro mamy spotkanie. Znajdź nam jakieś lokum. Wyjedziemy jutro!
Obcy potarł brodę w zdenerwowaniu, ale nie zadawał pytań.- Dobrze – mruknął. Poprowadził ich opłotkami, aż trafili do stojącej na uboczu szopy. - Tu możecie zostać bezpiecznie jeden dzień – stwierdził. - Ja znikam - odwrócił się.
Dziękujemy! - zawołał za nim Piotr. W odpowiedzi mężczyzna machnął ręką po czym rozpłynął się w ciemnościach.


odcinek 31.


Całą noc spędzili śpiąc na zmianę. Rankiem, po zimnym śniadaniu, zaczęli przeglądać i porządkować swoje rzeczy. Mało rozmawiali, myśląc o tym co będzie dalej. Wyglądało na to, że nadepnęli na odcisk komuś ważnemu. W południe zaczęli szykować swoje przebrania. Piotr, który od kilku dni się nie golił, zostawił sobie wąsy i przeprosił się z kapeluszem o szerokim rondzie. Robert, nauczony doświadczeniem, tym razem wziął cięższy pistolet. Osiodłali konie i przygotowali je do drogi. Ustalili, że zaraz po powrocie opuszczają Wielachę.
Do miasta wchodzili oddzielnie, kryjąc się w tłumie podążających za swoimi sprawami ludzi. Żaden ze strażników przy bramie nie zwrócił na nich uwagi, a przynajmniej tak im się wydawało. Zeszli się dopiero „U rybaka”. Szlachcic usiadł w kącie i starał się nie zwracać na siebie uwagi. Jego przyjaciel został na zewnątrz. Jakiś czas później do karczmy wszedł młodzieniec w czarnym, watowanym kubraku z szablą u boku.
-Przyszedłem prosto z lekcji szermierki – wyjaśnił widząc zdziwione spojrzenie stryja. - Zaraz muszę wracać.
-Szkoda – Robert gestem zawołał karczmarza, który nalał im piwa i odszedł.- Masz dla mnie jakieś wieści?
-Niestety – chłopiec smętnie pokręcił głową. – Ten człowiek, którego mi pokazałeś, nie wszedł do pałacu tylko udał się do wejścia dla dostawców dworu. Ta część zamku jest zajmowana przez służbę królewską i reszta dworu nie ma tam wstępu. Może chciał się spotkać z podczaszym albo gończym królewskim? - Podrapał się w zamyśleniu po czuprynie.
-Nieważne, nie przejmuj się tym. – Pan z Braczewa poklepał go po ramieniu. - Kupiłeś już nowego konia?
Twarz chłopaka rozjaśniła się. Z przejęciem zaczął opowiadać o swoim nowym rumaku. Po chwili zaczęli się żegnać. Robert pchnięty jakimś impulsem sięgnął za pazuchę i wyciągnął pistolet.
-Masz - wręczył go zdziwionemu bratankowi. - Ćwicz strzelanie. Zawsze może się przydać. A tu masz parę groszy na kule i proch – sięgnął do sakiewki.
-Dziękuję, stryju! – Uściskali się i chłopak trzymając w ręku zawinięty w materiał prezent wyszedł z karczmy. Po nim opuścił ją Robert i, nie patrząc w stronę Nowosielskiego stojącego po drugiej stronie ulicy, ruszył w kierunku bramy miejskiej.
Druhowie zeszli się dopiero w szopie, gdzie trzymali konie. Dosiedli ich i od razu włączyli się w strumień podróżnych opuszczających podgrodzie stolicy. Razem zaczęli jechać dopiero kilka godzin później.
-I jak? - zapytał Piotr.
-Kupiec wszedł do królewskiej części zamku – odparł. Zapadła chwila ciszy. - Za wysokie progi na nasze nogi – dodał.
-Trzeba wysłać wiadomość – odparł Nowosielski.
-A więc do młynarza? - zapytał szlachcic.
Piotr pokręcił głową. - Pojadę i osobiście zdam raport z naszych działań. Zresztą lepiej żebyśmy przez jakiś czas nie pokazywali się razem.
Robert pokiwał głową. Jechali przez kilka chwil w milczeniu, aż nagle zatrzymał konia. Przed nimi było rozstaje. Główna droga biegła prosto, boczna skręcała na wschód. Piotr podjechał do niego i bez słowa uścisnęli sobie ręce.
-Będę w Żalnicach – stwierdził szlachcic. Nowosielski milcząc kiwnął głową, po czym każdy ruszył swoją drogą.


KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ


CZĘŚĆ DRUGA


Odcinek 32.


Głowa bolała jak po tygodniowym pijaństwie. Z jękiem przekręciłem się na bok i przekonałem, że nie tylko głowa jest problemem. Bolało mnie całe ciało. Nigdy, przez całe życie nic sobie nie złamałem, ale teraz czułem jak bym miał połamaną połowę kości. Albo dwie trzecie. Nigdy. Całe życie. Właściwie jakie życie? Co mi się stało? Z powodu bólu jakoś nie chciałem o tym myśleć. Z powrotem przekręciłem się na plecy. Nie przestało boleć, ale bolało jakby mniej.
Dłuższą chwilę zbierałem siły, żeby usiąść. Na pewno będzie ciężko, ale wiedziałem, że muszę na stronę. Nawyki, obyczaje, nie sikać pod siebie. „Człowiek ślimak” przyszło mi do głowy. Gdzieś tam jakiś żebrak bez nóg sikał pod siebie i po prostu przesuwał się trochę dalej. Nazywali go człowiek-ślimak przez ślad, który zostawiał. Ale kto? Gdzie?
Otworzyłem oczy. Bolało. Przez chwilę bezmyślnie patrzyłem na widoczny w półmroku kamienny strop. Lepsze to niż pełne, oślepiające słońce. Nie mam czasu. Znowu przekręciłem się na bok i sięgnąłem do spodni. Na szczęście były porwane, nie musiałem ich rozpinać. W ostatniej chwili!
Kątem oka zobaczyłem, że leżę na piasku. Pewnie dlatego jest mi bardziej miękko niż na skale dookoła. Uff, odrobina ulgi w morzu bólu. Znów na plecy. Usnąłem.


Miałem popękane usta. Chciałem pić. „Naprawdę, kac gigant” pomyślałem. Zebrałem wszystkie siły. Z jękiem, którego nie mogłem powstrzymać, usiadłem. Powiedzieć, że kręciło mi się w głowie, to mało. Miałem tam prawdziwą karuzelę. Co to jest „karuzela”? Nie chciało mi się o tym myśleć.
Powoli docierało do mnie, że jestem w jaskini. Takiej zwykłej, małej jaskini do której wiatr nawiał trochę piachu. Parę metrów dalej jest otwór. Bije od niego takie przeraźliwe światło, że moje bolące oczy prawie nic nie widzą. Powieki. Przecież mam powieki! Mogę je zamknąć. Uff.
Zbieram się w sobie. Muszę się napić! Ruszam, oczywiście na czworakach, w kierunku wyjścia. Otwieram oczy. Patrzę przed, a właściwie pod siebie. Wzrok powoli przyzwyczaja się do światła. Wody! Piwa! Cokolwiek! Zanim przepełzłem te kilka kroków musiałem dwa razy odpoczywać, ale udało się! Siadam w wejściu do jaskini opierając się o skałę. Mrużę oczy. Słyszę jakiś dźwięk wychodzący z wysuszonego gardła. Charkot.
Pustynia. Nie mogę nawet przekląć. Gdzie nie spojrzeć piach i tylko piach.


Nie przeszedłbym nawet dziesięciu kroków, więc wracam do jaskini. Leżę odpoczywając i rozglądam się dookoła. Może choć wilgotna skała, którą mógłbym polizać? Wszystko wygląda na suche jak pieprz. Bardzo boli mnie głowa. Sięgam ręką i dotykam czaszki. Ból wstrząsa mną, ale i otrzeźwia. Patrzę na rękę. Krew. Leżałem na piasku, ale akurat tam gdzie była głowa, wystaje kamień. Uderzyłem się w głowę. Ja. Czyli kto? Kim ja właściwie jestem? Jakaś szmirowata historia, jak w kiepskiej sztuce. Zanik pamięci. Roześmiałbym się ale śmierć jest zbyt blisko, może mnie usłyszeć. Milczę.
Oglądam siebie, na ile pozwala mi coraz gorsze światło. Poszarpane ubranie, pourywane kieszenie, na rękach żadnych pierścieni, obrączek. Buty w strzępach.
Wiem, że niedługo umrę. Znów do wyjścia. Z jękiem wstaję podpierając się o skałę. Słońce już prawie zaszło. Rozglądam się dookoła. Za mną skaliste pagórki. W lewo pustynia, na wprost pustynia, w prawo pustynia. I trochę skał. Zawsze to jakaś odmiana. Ruszam w prawo. Potykam się. Siadam. Z trudem, pomagając sobie zębami, odrywam rękawy i obwiązuję nimi resztki butów. No, teraz podeszwy już nie pójdą własną drogą.
Zmęczyłem się. Nie myślę o bólu, bo przecież był zawsze. Jest jak powietrze, po co o nim myśleć. Ruszam dalej. Idę, idę. Brawo! To już chyba sto kroków! Jestem z siebie dumny. Odpoczywam opierając się o większy głaz i idę dalej. Jakieś stworzenie, pająk? Jaszczurka? Umknęło, nim je nadepnąłem. Jest mi smutno. Na pewno było soczyste. Przewracam się i przez chwilę świat wiruje. Aha, stoczyłem się z pagórka. Patrzę bezmyślnie na suche patyki. W tym obniżeniu jest ich kilka kępek. Patyki! Woda! Rozglądam się przytomniej.
To nie obniżenie, ale coś w rodzaju suchego koryta pozostałego po małym strumyczku. W jego najniższym miejscu wystaje z ziemi kilka suchych pędów. Rozgrzebuję piach pod nimi. Sucho, sucho, sucho! Jest prawie całkiem ciemno, światło księżyca który już zdążył wzejść nie dociera w zagłębienie w którym grzebię już bez nadziei. Piach robi się zimny. Zimny?! Wilgotny! Nacieram nim twarz. Jak przyjemnie! Kopię dalej, ale w dołku nie pojawia się ani odrobina wilgoci. Ból rozczarowania jest prawie nie do zniesienia, ale nie mam czym płakać. Biorę w dłonie mokry piach. Nawet kropelki. Jego wilgoć jest jak szyderstwo. Nim zdałem sobie sprawę co robię, zdjąłem już buty i skarpety. Jedna była cała. Sypię do niej mokry piasek. Zawijam, ściskam. Po bardzo, bardzo długiej chwili na jej końcu pojawia się odrobina boskiego nektaru. Aqua vita!
Straciłem rachubę czasu. Dopiero zimno przywróciło mi przytomność. Cały się trzęsę i nie mogę trafić kolejną kroplą do ust. Nadal chce mi się pić, nadal mam wyschnięte gardło, ale jeśli nie wstanę to zamarznę.
Na pustyni? To śmieszne.
Zakładam buty. Wypijam ostatnią kroplę wody i po wytrzepaniu piachu chowam moją ukochaną skarpetkę. Podnoszę się drgając śmiesznie. To z zimna. Trzeba maszerować, ruch mnie rozgrzeje. Idę w dół strumyczka marząc, że kiedy wzejdzie słońce znajdę jeszcze więcej mokrego piachu i będę mógł pić i pić. Za mną coraz dalej zostają skaliste pagórki, a ja zagłębiam się w pustynię.
Tak przyjemnie myśleć o mokrym piachu.
Nie wiem kiedy zaczęło wschodzić słońce, ale jest jasno. Idę zataczając się jak pijany, suchym korytem rzeki, które sięga mi już do pasa. Nogi bolą obite o kamienie na jego dnie. Jak na złość nie widzę żadnych roślin. Trzeba iść dalej.
-Sinusoida, tak moja droga to sinusoida – przychodzi mi do głowy. Najlepiej iść prosto, więc dlaczego sinusoida?
Zapominam o tym, gdy zauważam najpiękniejszy widok na świecie!
Kilkanaście kroków przede mną jest duża kępa badyli. Niektóre z nich są zielone! Tym razem używam płaskiego kamienia i wykopuję bardzo głęboki dół. Nadal na jego dnie nie zbiera się woda, ale piach jest tak mokry, że ze skarpetki przez chwilę cieknie sznur kropel. Jeszcze raz i jeszcze raz. Zabawiam się tak do czasu, aż słońce nie zaczyna boleśnie przypiekać. Odrywam kawałek nogawki, moczę go i zawijam wokół głowy. Siadam niedaleko, w cieniu ogromnego głazu z pełną skarpetą w ręku. Nagle zdaję sobie sprawę jak obrzydliwa, brudna i śmierdząca jest ta woda.
Oho, polepszyło mi się! Wyciskam kilka kropel na dłoń i przecieram twarz. Uczucia, które wypychałem dotąd gdzieś daleko, uderzają mnie znienacka. Ból, pragnienie, głód. Z jękiem przewracam się na bok i zwijam z cierpienia. Pilnuję, żeby leżeć w coraz bardziej skąpym cieniu rzucanym przez głaz. Zasypiam.
Budzę się, kiedy cienie są już bardzo długie. Nogi, które przez jakiś czas wystawały z cienia, palą żywym ogniem tam gdzie nie osłaniały ich porwane spodnie. Podczołguję się do dziury. Przez chwilę ją pogłębiam a potem piję ze skarpety. Nie myślę o smaku wody tylko o przyszłości. Co dalej? Nie wiem. Trzeba iść, wędrować przed siebie. Tylko to się liczy. Polewam poparzone nogi wodą, potem znów piję. Kiedy zapada noc i nadchodzi zimno jestem gotowy. Ruszam w drogę, byle dalej, przed siebie.
Nad ranem wiem, że nie przeżyję kolejnego dnia. Jestem tak słaby, że gdyby dmuchnął wiatr to bym upadł. Szedłem całą noc. Kiedy tylko próbowałem odpocząć, kąsające zimno poganiało mnie bezlitośnie. Znów zobojętniałem na wszystko i wschodzące słońce nie zrobiło na mnie wrażenia. Idę wypatrując dużej kępy roślin, ale nie wiem dlaczego. Nie zauważam zmiany otoczenia, dopóki woda nie sięga mi do kostek. Przez chwilę myślę nad tym dziwnym zjawiskiem, po czym kładę się tam, gdzie stoję. Leniwie przechylam głowę i łapię do ust trochę wody. Właściwie nie chce mi się pić. Wystarczy, że tak sobie leżę.
Po chwili poprawia mi się wzrok. Zaczynam słyszeć coś więcej, niż tylko szum w uszach. Znów piję. Przekręcam się na brzuch, potem na plecy. Świetna zabawa!
Siadam i rozglądam się dookoła. Rzeka ma w tym miejscu metr szerokości, choć o wiele rozleglejsze koryto wskazuje na okresowe gwałtowne przybory wody. Na jej brzegach widać liczne kępy zieleni. Po jakimś czasie nabrałem na tyle siły, żeby zdjąć ubranie. Leżę w wodzie. Czuję, jak opływa moje ciało spłukując brud i krew. Działa jak balsam na moje posiniaczone, poranione i poparzone ciało. Kiedy zaczyna dokuczać mi słońce wychodzę z rzeki poszukując schronienia. Siadam w skąpym cieniu rzucanym przez stromy brzeg i powoli zakładam to, co kiedyś było ubraniem. Liczne sińce na całym ciele wskazują, że ból, który odczuwałem, nie był urojony. Pięknie kontrastują z oparzeniami słonecznymi. Człowiek plamisty. Po raz pierwszy pojawiają się pytania, które odsuwałem od kilku dni. Skąd się tu wziąłem? Kim jestem? Nie wiem. Ale czy muszę? Muszę przeżyć. To jest mój cel. Pożywienie i schronienie, potem reszta. Wstaję ponaglany głodem i wolnym krokiem ruszam w dół rzeki. Po jakichś stu krokach zatrzymuję się przy większej kępie krzaków. Z trudem wyłamuję długi kij. Zmęczyło mnie to tak, że znów muszę usiąść i napić się wody. Wąskim, ostrym kawałkiem skały obcinam boczne gałęzie i ścinam koniec. Mam coś w rodzaju oszczepu. Wstaję podpierając się nim i ruszam dalej. Idę rozglądając się dookoła. Widzę ptaka, wysoko na niebie. Zauważam ślady jakiegoś zwierzęcia odbite w miękkim gruncie. Obok mnie od czasu do czasu przelatuje owad. Jestem głodny.
Nagle zrywam się jak lampart, to znaczy robię dwa szybsze kroki, bo na nic więcej mnie nie stać, i z całej siły walę kijem w szeroki, płaski kamień przede mną. Kij pęka na dwa kawałki a trafiony nim wąż wijąc się spada z kamienia. Dyszę przez chwilę ze zmęczenia, a potem trzymanym w ręce ułamkiem uderzam kilkakrotnie, celując w jego głowę. Ten rusza się jeszcze przez chwilę, a potem nieruchomieje. Siadam na głazie, który wcześniej zajmował, żeby przemyśleć sytuację i odpocząć. Później wstaję i wyszukuję kolejny ostry kamień. Obcinam głowę, a skórę ściągam pomagając sobie paznokciami i zębami. Biorę do ust mały kawałek i gryzę. Organizm walczy próbując zmusić mnie do połknięcia, a ja żuję i żuję. Potem następny kawałeczek. Powoli zapada decyzja. Dzisiaj dalej nie pójdę, potrzebny mi ogień.
Wyszukuję dwa patyki. Jeden cienki z twardszego drewna. Drugi szeroki z miększego. Przynajmniej mam taką nadzieję. Robię kamieniem w szerszym dołek, w który sypię drobinki ze zgniecionych suchych liści. Obok przygotowuję małe ognisko. Opieram cieńszy patyk we wgłębienie i zaczynam obracać nim w rękach. Wałkuję go i wałkuję, aż całkowicie opadam z sił. Muszę napić się wody. Kiedy chwilę później zaczyna boleć mnie brzuch, przypominam sobie o surowym mięsie. A może i tak by mnie rozbolał. Biorę patyk i zaczynam nim obracać choć już czuję, że go nienawidzę. Ręce mnie bolą. Nienawidzę. Kiedy pojawia się mała smużka dymu z nerwów upuszczam patyk. Jeszcze raz. Ostrożnie. Dmucham na maleńkie iskierki żaru i przenoszę je szybko do przygotowanego w ognisku gniazdka. Rośnijcie moje małe. Rośnijcie.
Pieczone mięso węża ma cudowny smak. Jem bez pośpiechu. Tak długo zmuszałem się do gryzienia przed połknięciem, że dostałem skurczu szczęki. Na szczęście po chwili przechodzi. Zjadłem już pół zwierzaka i nagle czuję się najedzony! Zamieram ze zdumienia. Po chwili zawieszam go nad ogniskiem, niech się powoli dopieka a ja zaczynam znosić gałęzie na drugie ognisko. Mam na wprost piękną wnękę w stromym brzegu. Układam naprzeciw niej sporą kupę gałęzi. Kilka najgrubszych kładę obok i przenoszę żar z pierwszego ogniska. Słońce już zaszło. Zdążyłem akurat przed wieczornym chłodem. Kiedy patyki rozpalają się na całego, wsuwam w ogień końce grubszych gałęzi. Siedzę w ogrzewanej płomieniami wnęce i pogryzam mięso węża kpiąc sobie z nadchodzącego chłodu. Próbuję ułożyć się wygodnie na kamieniach. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Stopniowo podsuwam grubsze gałęzie w ogień. Kiedy kończę jedzenie układam się jak mogę najwygodniej i zasypiam. Jeszcze przed świtem budzi mnie zimno. Cały zesztywniały kulę się przy kilku ostatnich iskrach żaru, ostrożnie dokładając patyki. Kiedy ogień się rozpala siadam jak najbliżej i czekam na słońce.
Po jakimś czasie robi się jasno. Wstaję i rozgrzewam się wymachując rękami. Jestem cały obolały, ale to ból twardego spania i zesztywniałych mięśni a nie ran, jest prawie przyjemny. Idę do rzeki umyć się i napić. Znów jestem głodny, a z węża nie został ani kawałek. Trzeba ruszać w drogę. Po kilkunastu krokach zauważam ślady. Może coś do jedzenia? Im dłużej patrzę, tym bardziej przypominają mi ślady wielkiego kota. Mimo porannego chłodu robi mi się gorąco. W pobliskiej kępie wyszukuję długi, mocny kij, o wiele mocniejszy niż ten wczorajszy, i poświęcam sporo czasu ostrząc jeden koniec. Ruszam przed siebie rozglądając się uważnie. Moje „narzędzia” do rozpalania ognia zatknąłem za pas. Podpierając się zaimprowizowaną włócznią maszeruję w dół rzeki.
W południe robię odpoczynek. Skręca mnie z głodu. Siadam w cieniu kępy krzaków i moczę nogi w rzece. Żadnych węży ani nawet żab czy jaszczurek. Od rana dwa razy widziałem z daleka zwierzęta przypominające sarny, ale uciekały na mój widok. W ponurym nastroju zastanawiam się jak coś upolować, gdy obok mojej kępy krzaków słyszę tupot i na brzegu staje zwierzak o którym myślałem. Przez chwilę gapimy się na siebie zdziwieni, po czym ja rzucam się do przodu unosząc włócznię, a ona odskakuje w bok i zawraca. Jest szybka jak wiatr, nie mam z nią szans. Kiedy wybija się do skoku, jedna z nóg ześlizguje się z brzegu do rzeki. Potyka się i chwilę później, łapiąc równowagę, skacze w górę, gdzie napotyka moją włócznię. Drąg bez ostrza wbija się płytko, pod skórę. Zwierzę pada, ale zaraz wstaje. Całym ciężarem ciała rzucam się na włócznię przygważdżając je do ziemi. Szarpie się długo, potem tylko leży oddychając coraz wolniej. Siadam obok i odpoczywam. Ręce mi się trzęsą. Wstaję i zaczynam szukać jakiegoś ostrego kamienia. Mam pecha. Kiedy próbuję zrobić krawędź w znalezionej skale odpryski kaleczą mnie w twarz.
Podchodzę do „sarny”, która w międzyczasie przestała oddychać. Z wielkim trudem rozcinam jej brzuch i wyciągam wnętrzności. Następnie odrąbuję głowę. Po tym wszystkim waży nie więcej niż 20 kilogramów, ale jestem słaby, więc muszę ją ciągnąć po ziemi. Mam nadzieję, że drapieżniki zadowolą się resztkami i dadzą mi spokój. Jakieś sto kroków dalej zatrzymuję się. Zaczynam zbierać patyki na ognisko.
Kiedy zjadłem pierwszy kawał mięsa, z jednej strony prawie surowy, z drugiej spalony na węgiel, powraca mi rozsądek. Siadam w cieniu pobliskiej skały i oprawiam zwierzę. Z wielkim trudem ściągam z niego skórę, następnie oskrobuję ją z resztek mięsa i tłuszczu oraz nacieram popiołem. Zawijam w nią większość mięsa i kilka kości. Reszta mięsa w tym czasie ładnie upiekła się nad ogniskiem. Zjadam je – co w brzuchu to moje, po czym zarzucam tobół na ramię. Pamiętam o odciskach łap wielkiego kota, które widziałem rano, więc wchodzę do rzeki i brodzę w dół korytem licząc, że woda zmyje ślady i zapachy. W ręku niosę płonącą gałąź. Niedługo przyjdzie wieczór i trzeba będzie rozpalić ognisko. Po kilkuset krokach wychodzę z wody. Robi się ciemno, trzeba jeszcze nazbierać gałęzi na ognisko a niedaleko wypatrzyłem dobre miejsce na obóz.


CO TYDZIEŃ NOWY ODCINEK! NIE PRZEGAP!